— Wolę sto razy lekcję, którą mi pan daje w tej chwili, niż jutrzejszą pana Balettiego. Jutro czuję, że będę się nudziła, a dziś przeciwnie...
— A po czym pani poznaje, że się pani nie nudzi?
— Po tym, że pragnęłabym, abyś pan... nie odchodził.
— Jak mi Bóg miły! Żaden filozof nie zdobył się na tak trafną definicję. Ja sam uczuwam niezmierną przyjemność w pani towarzystwie i rad bym bardzo, uściskawszy panią, dowieść jej, jak żywa i głęboka jest ta przyjemność.
— Przyjemność, którą pan odczuwa w moim towarzystwie, pochodzi najwidoczniej stąd, że dusze nasze są w harmonii z naszymi zmysłami.
— Droga pani! Boska kobieto! Jestem wprost zachwycony lotnością twojej inteligencji.
— Tę moją inteligencję sam rozbudziłeś i rozwinąłeś, drogi przyjacielu. Tak jestem ci wdzięczna, że z całej duszy podzielam twoje pragnienie...
— A cóż stoi na przeszkodzie zaspokojeniu tych obopólnych pragnień! Pozwól, niech cię z całej duszy uścisnę, a i ty nie skąp mi dowodów sympatii.
Cóż to była za przepyszna lekcja filozofii! Wydała nam się tak urocza, szczęście nasze było tak pełne, że o świcie uściskaliśmy się jeszcze i dopiero rozstając się, spostrzegliśmy, że drzwi były otwarte przez całą noc.
Baletti dał jej kilka lekcji tańca; przyjęta była do opery, lecz długo na scenie nie popasała; miesięcy dwa, może trzy najwyżej, ściśle stosując się do rad moich i rozumując sama logicznie, nie dała więcej przystępu do siebie hrabiemu de Narbonne; doczekała najspokojniej i przyjęła hołdy wielkiego pana, niepodobnego do innych z tej już choćby tylko racji, iż wymógł na niej opuszczenie sceny raz na zawsze, na co by kto inny wcale nie nastawał, zgodnie z ówczesnymi przepisami dobrego tonu. Była mu najprzykładniejszą towarzyszką aż do ostatniego dnia życia. Spotykałem ją od czasu do czasu, osypaną brylantami. Dusze nasze pozdrawiały się z żywą uciechą, lecz dobrze jej życząc, anim nawet próbował zamącać jej szczęścia. Wiem, że żyje po dziś dzień w dostatku i spokoju, lecz ma już z dobrych lat pięćdziesiąt sześć, a kobieta w tym wieku, to w Paryżu jakby nie istniała już wcale.