Kwartet

Casanova, jadący pewnego razu z Padwy do Wenecji, spotyka pędzący wyciągniętym kłusem paru dobrych koni pocztowych elegancki kabriolet143, podążający z Wenecji do Padwy. W kabriolecie prześliczna młoda kobieta i oficer w mundurze wojsk niemieckich. U mostu nad Brentą kabriolet przewraca się i piękna dama byłaby niechybnie wpadła do rzeki, gdyby Casanova, wyskoczywszy przytomnie z powozu, nie był na ratunek jej pospieszył. Okazało się, iż on jest synem bankiera i tentuje144 o dostarczenie en grand145 wołów Republice Weneckiej; ona zaś jest żoną pewnego weneckiego wekslarza i jego przyjaciółką. Romantyczne poznanie się pociągnęło za sobą zawiązanie towarzyskich stosunków, ku czemu aż nadto sposobności nastręczał szalejący właśnie w całej pełni karnawał wenecki. Pan C. zapoznał Casanovę z matką swoją i siostrą, a ta ostatnia, osoba przedziwnej piękności i nieopisanego wdzięku, idącego w parze z prostotą oraz szlachetnością uczuć, wywarła na kochliwym lowelasie wręcz piorunujące wrażenie.

Panna C. — pisze — wychodziła na miasto wyłącznie w towarzystwie matki, osoby bardzo pobożnej, a jednak wyrozumiałej. Czytała tylko dzieła ojca, męża wielkiej nauki; wolałaby oczywiście czytać romanse, których, niestety, dostojny jej rodzic nie pisał. Miała też wielką ochotę poznać Wenecję; a ponieważ nikt u nich nie bywał, przeto też nikt jej jeszcze nie powiedział, że jest zachwycająca. Dusza jej jeszcze drzemała — pogrążona w ideowym chaosie.

W kilka dni po mojej pierwszej wizycie brat jej, jakby naumyślnie, powtórzył mi z dziesięć razy, że siostra mówi tylko o mnie, że pragnęłaby porozmawiać ze mną dłużej, a że matka też się mną wielce interesuje. W końcu rzekł bez ogródek: „Byłaby to w sam raz żona dla pana! W posagu dostanie dziesięć tysięcy dukatów146, co też nie jest do pogardzenia... Przyjdź pan do nas jutro na kawę”. Zawahałem się — i poszedłem. Po trzech godzinach obcowania z przemiłą dzieweczką byłem w niej na zabój zakochany. Wyrwało mi się, że zazdroszczę temu, który ją posiądzie za żonę i ten pierwszy w życiu usłyszany komplement powlókł jej policzki przecudną czerwienią. Czy jednak mogłem liczyć na jej rękę! Przenigdy! Aby rozproszyć zbyt uporczywe o niej marzenia, zacząłem grać bez pamięci. Szczęście mi sprzyjało... Ponieważ przed poznaniem jeszcze panny C. pozwoliłem sobie asystować przyjaciółce jej brata, uknuł on przeto plan rozkochania mnie we własnej siostrze, aby tym sposobem zabezpieczyć swą przyjaciółkę przed moją ewentualną natarczywością, która, jak niewątpliwie musiał spostrzec, nie była jej wcale przykra. Idąc konsekwentnie po linii tego planu, zaprosił mnie na operę. Mieliśmy pójść do loży we troje, bez matki. Po drodze do teatru kazał stanąć gondoli u drzwi swej metresy, podobno niezdrowej, i pożegnał nas, zapewniając, że najdalej w połowie pierwszego aktu zjawi się w loży. Był dzień przecudny; czasu do rozpoczęcia się widowiska było dosyć; zaproponowałem przejażdżkę... Poprzysięgałem sobie uszanować jej niewinność, nie nadużywać zaufania; jej swoboda, jej wesoła niefrasobliwość podniecały moje uczucie; byłem z sobą w zupełnej rozterce; nie wiedziałem, co mówić, obawiając się dotknąć tematu miłości; milczałem, admirując147 jej boskie kształty, lecz nie śmiejąc, aby nie urazić jej skromności, wpatrywać się w rozwijające się dopiero jej piersi, toczone, zda się, ręką Amora148.

— Niechże pan co mówi!... Przygląda się pan tylko mi i milczy. Poświęcił się pan dla mnie, nie poszedł pan z bratem do pani jego serca, która ma być podobno niezmiernie miła i bardzo piękna.

— Widziałem ją. Lecz nie mam najmniejszego zamiaru bywać u niej. Tedy poświęcenia z mej strony nie ma wcale.

— Sądziłam, że pan smutny i dlatego tak milczący.

— Nie posiadam się z radości, że mi pani tak ufa... Poruszony jestem tym do głębi. Słów nie znajduję...

— Niech się pan nie dziwi — przerwała. — Mam pana za człowieka honoru, co zresztą i matka moja często powtarza. Pan nieżonaty; pytałam o to brata. Pamięta pan, że mi pan mówił, iż zazdrości... memu przyszłemu mężowi. Powiem w zamian, że kobieta, która pana posiądzie za męża, będzie moim zdaniem najszczęśliwszą kobietą w Wenecji.

Słowa te, wymówione z uroczą naiwnością, a jawną szczerością nacechowane, wywarły na mnie wrażenie niedające się opisać. Byłem w rozpaczy, że nie mogę ucałować różanych usteczek, które tak się odezwały, a zarazem byłem w siódmym niebie na myśl, iż kocha mnie tak anielska istota.