— Jeżeli mamy wzajemnie o sobie tak pochlebne wyobrażenie, cóż by mogło stać na przeszkodzie naszemu połączeniu się na życie całe? Nieprawdaż, boska panno C.? Lecz, niestety, mógłbym być ojcem pani...

— Co za myśl! Ja mam przecie czternaście lat skończonych.

— A ja dwadzieścia osiem...

Gondola stanęła u teatru. Przedstawienie pochłonęło całkowicie moją towarzyszkę. Brat jej zjawił się, jak było do przewidzenia, dopiero pod sam koniec spektaklu. Zaprosiłem ich na kolację. Nie mogłem odzyskać ani humoru, ani rozmowności. Byłem po prostu chory — z miłości. Gdy kolacja miała się ku końcowi, brat panny C. zaczął jej dokuczać, że ja zakochany jestem w niej na zabój i że odzyskałbym swobodę i humor, jeśliby mi pozwoliła się pocałować. Za całą odpowiedź zwróciła ku mnie usta pełne wesołego śmiechu i rozkosznej pustoty. Zawrzało wszystko we mnie, lecz potrafiłem uszanować niewinną i naiwną dzieweczkę; pocałowałem ją w policzek i to bardzo chłodno.

— Cóż za pocałunek! — jął wołać zacny braciszek. — Powtórzyć! Powtórzyć! A ogniście.

Zirytował mnie swą bezczelnością; chciałem dać mu odprawę, lecz panna C. rzekła w tej chwili ze szczerym smutkiem w głosie:

— Pan Casanova, widzę to jasno, nie gustuje we mnie...

Tego było już za wiele. Nie mogłem dłużej panować nad sobą.

— Boska panno C.! — zawołałem. — Jeżeli chodzi o złożenie dowodu, jak szalenie pani mi się podoba...

I nie hamując się już wcale, a przyciskając ją namiętnie do piersi, wpiłem się w jej wargi, aż mnie samemu w oczach pociemniało, zaś ona musiała niezawodnie odczuć, iż jak lękliwa gołąbka dostała się w szpony jastrzębia. Wyrwała się z moich objęć, nieopisanie zdziwiona odkryciem, że kocham ją do tego stopnia! Brat jej klaskał w dłonie. Włożyła szybko maskę, aby ukryć pomieszanie. Spytałem, czy wierzy teraz, że mnie się podoba? Odrzekła, iż przekonałem ją aż nadto dobitnie.