Nazajutrz przyszedł brat jej oznajmić mi, że siostra rozmówiła się z matką i oświadczyła jej, iż tylko i jedynie mnie pragnie mieć za męża. „Ubóstwiam pańską siostrę — rzekłem — ale czy pan sądzi, że jej ojciec zgodzi się na nasze małżeństwo?” Odparł: „Wątpię!”. Oznajmił mi jednak zarazem, że matka pozwoliła mojej ukochanej pójść dziś wieczorem ze mną na operę. Takem się ucieszył, że nie namyślając się wcale zażyrowałem149 weksel, który mi nicpoń, żegnając się, podsunął. Wyszedłem natychmiast na miasto kupić pierwszy prezent dla mojej ubóstwianej: tuzin rękawiczek, tyleż par pończoch jedwabnych i jedną parę ażurowych ze złotymi podwiązkami. Zostawieni znowu sam na sam przez brata, mając do teatralnej pory z parę godzin przed sobą, popłynęliśmy do pewnego ogródka w okolicach świętego Błażeja. Szybko wynająłem go za kilka cekinów150 wyłącznie dla nas; wzięliśmy pokój w oberży i zrzuciwszy tam maski, zamówiliśmy obiad w ogrodzie. Urocza C. miała na sobie leciutką sukienkę, poprzez której batysty i muśliny moje zakochane oczy wciąż szukały jej upajającego ciała. Nie posiadałem się z miłosnego podniecenia, z trudem panując nad sobą.

Skorośmy tylko zagłębili się w cienistą aleję, towarzyszka moja, poczuwszy pełnię swobody, niezażywanej prawie nigdy, jęła jak łania biegać i skakać po gazonach151 to na prawo, to na lewo od alei, z pustotą dziecka, a zwinnością i gracją taką, iż przyglądałem się jej w rzetelnej ekstazie. Wyzwała mnie na wyścig. Zgoda! Lecz — zastrzegłem — pokonany uczyni wszystko, co się zwycięzcy spodoba! Przystała. Biegniemy. Pozwalam jej naumyślnie wygrać, ciekawy, czego ode mnie zażąda. Po chwili namysłu ukrywa się za drzewo, chowa gdzieś przy sobie pierścionek i wybiegłszy z ukrycia, każe mi go szukać. W lot, rozumie się, postanowiłem sobie nie płoszyć zbytnią obcesowością jej naiwnej ufności i uszczęśliwiony usiadłem obok niej na trawie. Przeszukałem jej kieszenie, każdą fałdę sukienki, wreszcie pończoszki aż do podwiązek u kolan... Nie ma pierścionka! Szukam dalej. Nie ma nigdzie. Może już kto i domyślił się, że ukryty w najcudniejszym zakątku, miał najprześliczniejszych dwóch stróżów, jakich kiedy matka przyroda na świat wydała. Ja jednak przez czas dość długi byłem zgoła niedomyślny, a gdym pierścionek wydostał nareszcie z ukrycia, tak byłem wzruszony, że ręka mi drżała. Na jej pytanie odrzekłem, że to... z uciechy, iż pierścionek tak znakomicie ukryty, jednak udało mi się znaleźć! Proszę o rewanż. Biegniemy jeszcze raz. Oczywiście jestem pierwszy u mety, lecz ona woła, że zwyciężyłem podstępem. Certujemy się, przekomarzamy... W końcu poddaję się i uznaję się za zwyciężonego. Skazuje mnie na zamienienie z nią podwiązek. Korzystam z niespodziewanej okazji, aby ofiarować jej kupioną dla niej parę istotnie bardzo pięknych podwiązek. Jest uszczęśliwiona.

— Byleby — rzekła na wpół serio, na wpół żartem — brat mi ich nie ukradł.

Zdziwiłem się bardzo.

— Osobliwie — dodała — jeśli klamry są szczerozłote.

— Są istotnie złote, ale niech pani mówi, że pozłacane...

Spożyliśmy obiad niezmiernie wesoło i w doskonałej komitywie. Po obiedzie, ponieważ spieszno jej było przymierzyć nowe podwiązki, poprosiła mnie, abym jej dopomógł w ich zawiązywaniu. Nie było w tym żadnej rozmyślnie ryzykownej kokieterii, nie było tym mniej wyuzdania. Piętnastoletnie dziewczę, nieznające jeszcze miłości, trzymane z dala nie tylko od towarzystwa mężczyzn, lecz nawet rówieśnic, nie rozumie, co to jest męska pożądliwość i co ją może podniecić.

Okazało się, że pończoszki za krótkie, że nie sięgają za kolana. Znowu skorzystałem w mig z okazji, aby dobywszy zręcznie z kieszeni kupione pończochy, ofiarować jej ten drobny upominek. Z radości usiadła mi na kolanach i uściskała jak ojca, który by prezent jej uczynił. Odpowiedziałem jej uściskiem za uścisk, hamując wciąż jednak impet zrozumiałego podniecenia; poprzestałem tylko na powiedzeniu, że jeden jej pocałunek wart więcej niż całe królestwo. Prześliczna C. zdjęła trzewiczki i włożyła nowe pończochy, sięgające aż do połowy uda. Onieśmielała mnie jej urocza naiwność; trzymałem się jak kot na lodzie... powtarzając sobie po tysiąckrotnie mocne postanowienie nietknięcia tak łatwej, a tak rozkosznej zdobyczy.

Zamaskowani pojechaliśmy do opery, gdzie już w loży oczekiwał na nas brat panny C. ze swą donną. Zrozumiałem od razu, że nie wykręcę się od kolacji we czworo. Czwórka była wcale niedobrana... Jakoż jeszcze przed deserem zacny braciszek, dobrze podchmielony, jął z panią swego serca rozwalać się i miotać po kanapie zgoła nieprzystojnie. Uprowadziłem biedaczkę C. we framugę okna, nie mogłem jednak zapobiec, aby w zwierciadle nie zobaczyła tego, co się działo na kanapie i co odbiło się na jej policzkach płomiennym rumieńcem. Co do mnie, byłem jak na rozżarzonych węglach. Bezwstydny Paolo rzucił się mnie uściskać; C. zapewniała, że nic a nic nie widziała... z wejrzenia jednak, które mi rzuciła, zmiarkowałem152 aż nadto dobrze, że się rzecz miała wręcz przeciwnie. Byłem nieopisanie zły i zirytowany. Byłbym Paola udusił. Nazajutrz, gdym mu czynił najostrzejsze wyrzuty, odparł spokojnie, iż nigdy nie byłby się zapomniał do tego stopnia, jeśliby nie był pewny, że ja z jego siostrą jestem na takiej stopie, jak on ze swoją donną.

Im mocniej zakochany byłem w C., tym okropniejsze wydało mi się obcowanie jej z takim bratem. Mówiono, że własną kochankę wyzyskuje... Nietrudno było temu uwierzyć. A że miał zamiar wyzyskiwać stale moją miłość dla siostry, było rzeczą aż nadto widoczną. Postanowiłem tedy wyrwać ukochaną z takiego środowiska, a przede wszystkim zerwać z Paolem. Oświadczyłem mu to wręcz i bez ogródek. Tłumaczył się, że często bardzo mówi i czyni pod wpływem zbyt obficie zażywanego alkoholu, a po wtóre, skądże mógł przypuścić, że pałam ku jego siostrze miłością równie głęboką, jak czystą! Rzucił się, płacząc, w moje objęcia. Czułem ogarniające mnie wzruszenie. Na szczęście matka i córka weszły w tym momencie do pokoju i jęły gorąco dziękować mi za prześliczne podarunki. Zwróciłem rozmowę na temat moich uczuć.