— Nic, to dzieciństwo157... ale od pewnego czasu zasypiałam, trzymając w objęciu moją dużą poduszkę i wyobrażając sobie, że to ty...
Najdroższa, najmilsza C. została moją żoną iście bohatersko; nawet dość ostry ból uczyniła jej bezgraniczna miłość słodkim i przyjemnym. Po trzech godzinach najrozkoszniejszej rozrywki wstaliśmy i zażądaliśmy kolacji, która nam przedziwnie smakowała. Nie mówiliśmy nic, patrząc sobie w oczy. Cóż moglibyśmy wymowniejszego powiedzieć nad te spojrzenia pełne płomiennego uczucia! Naszą lożę w operze podarowaliśmy gospodyni (pobiegła, nad wyraz uszczęśliwiona, wyprawić natychmiast córkę do teatru) i reszta wieczoru zeszła nam tak, jak jego pierwsza połowa.
Zakochany ponad wszelką miarę Casanova, najbezczelniej wyzyskiwany przez godnego braciszka swej bogdanki158, trwa w zamiarze jej najlegalniejszego poślubienia. Usiłuje nawet, w czasie częstych widywań się z nią sam na sam w ogródkowej oberży, tak sprawę pokierować, aby małżeństwo było dla uroczej panny C. wręcz koniecznością. Ona mu też w tej słodkiej „intrydze”, mającej przełamać ewentualny opór ojca, gorliwie dopomaga. Niestety! Zanim owocność tych zabiegów mogła się okazać, rodzic panny, wróciwszy do Wenecji z dalszej podróży, oświadczył kategorycznie, że córki za nic w świecie nie puści do ołtarza przed... osiemnastym rokiem życia! I nie namyślając się długo, wysłał ją na brakujące jej jeszcze trzy lata — do klasztoru w Murano. Udało się stamtąd biedaczce przesłać jeszcze przez zaufaną osobę liścik do Casanovy, oznajmiający mu o wszystkim, co zaszło. Zaufaną osobą była służąca klasztorna, jeżdżąca co środa z Murano do Wenecji i załatwiająca wespół ze sprawunkami korespondencję zarówno klasztornych „pensjonarek”, jak na przykład panny C., jak i dożywotnich klasztoru mieszkanek. Nieposiadający się z radości Casanova odpisuje ukochanej list na czterech ćwiartkach i hojnym datkiem zapewnia sobie raz na zawsze jak najgorliwszą usłużność jej powiernicy.
Miałem niezłomny zamiar porwać z klasztoru moją „żoneczkę”... Tymczasem, ponieważ do przyszłej środy było daleko, skracałem sobie czas oczekiwania na jej list, grając zapamiętale — i nieszczęśliwie. W parę dni przegrałem wszystką gotówkę, którąm posiadał, do ostatniego grosza. Uratowało mnie zaznajomienie się z pewnym mediolańczykiem, nazwiskiem Troce, niezmiernie biegłym w pomaganiu szczęściu w kartach. Dzięki jego wskazówkom wygrałem kilka tysięcy cekinów.
We środę otrzymałem zamiast listu rodzaj dziennika, pełnego szczegółów. Pisała tam C. między innymi, bardzo uciesznie, że jedna z mniszek, dwudziestoparoletnia, prześliczna dziewczyna, formalnie się w niej zakochała, że daje jej lekcje języka francuskiego, a tak zazdrosna, iż wręcz nie pozwala jej nawet zaznajamiać się z pensjonarkami. „Gdy jesteśmy same — pisała — całuje mnie na potęgę, że byłbyś zazdrosny, jeśliby moja przyjaciółka nie była kobietą”. Prosiła mnie też moja ukochana o mój portret, wprawiony do pierścionka tak, aby go nikt dostrzec nie mógł. Pierścionek, radziła, mogę przesłać jej za pośrednictwem matki, odwiedzającej ją w Murano. „Zresztą — pisała w końcu dziennika — mam nadzieję być za kilka miesięcy w takim stanie, że sama przełożona prosić będzie, aby mnie co rychlej z klasztoru zabrano...” Stosując się do życzenia C., kazałem natychmiast portret swój malować pewnemu piemontczykowi, bardzo utalentowanemu artyście, który moc pieniędzy zarabiał. Po drugiej stronie mego portretu, mającego oczywiście kształt malutkiej miniatury, kazałem mu wymalować św. Katarzynę Sieneńską, a najlepszy jubiler wenecki wprawił ją niezmiernie kunsztownie w pierścionek. Szpilką naciskało się zaledwie widzialny guziczek i pomysłowy mechanizm dobywał na jaw mój wizerunek. Pierścionek wręczyłem matce C., prosząc o oddanie go córce jako symbol niezłomnej mojej wierności. Bogobojna pani C. była uszczęśliwiona z mego osobliwego nabożeństwa do św. Katarzyny, o której też i ona nigdy nie zapominała w swoich modlitwach. Ukochana moja była w siódmym niebie. Wciąż tylko — jak mi donosiła w listach — drżała, aby która z mniszek, tak często oglądających osobliwy pierścionek, nie nacisnęła przypadkiem sprężynki, która by jej ukazała wprawdzie „boskie kształty”, lecz bynajmniej nie żadnego świętego.
Pewnego razu o brzasku dnia budzi mnie służący i powiada, że Laura z Murano — nasza zaufana — pragnie osobiście coś mi zakomunikować. Tknęło mnie przeczucie, że musiało się stać coś fatalnego, jakoż Laura powiada mi bez ogródek, że droga moja „żoneczka”... zroniła i że przysłała ją po jak największą ilość bielizny, aby zatrzeć ślady krwotoku, ukryć tajemnice i honor swój uratować. Przerażony, poruszony do głębi skoczyłem do pewnego Żyda, handlarza bielizną, kupiłem kilkanaście prześcieradeł i dwieście serwet, zapakowałem w wór i popędziliśmy, ja i Laura, do Murano. Na kartce skreśliłem ołówkiem kilka słów, oznajmiając C., że nie ruszę się z Murano, dopóki nie minie wszelkie niebezpieczeństwo. W Murano! Ale gdzie? Laura zaprosiła mnie do siebie, do swoich skromnych paru izdebek, gdzie mieszkała z dwiema ślicznymi jak aniołki córkami. Nie powiem, aby mi przysłowie o wilku i owczarni na myśl nie przyszło...
Wiadomości z klasztoru przyniosła mi Laura okropne. G. pisała mi z łóżka kartkę zaledwie czytelną, że krwi traci mnóstwo i nie wyobraża sobie, aby wyżyć mogła. Laura raz po razu przynosiła z klasztoru ukryte pod mantylą płótna, świadczące aż nadto wymownie o gwałtowności krwotoku.
Przez dni kilka byłem sam między życiem a śmiercią z niepokoju i alteracji159. Laura przynosiła z klasztoru coraz gorsze nowiny. Wprawdzie przy chorej był lekarz, lecz cóż mógł poradzić na jej straszne osłabienie! Nocą dozorowała ją pielęgniarka; odwiedziła ją kilkakrotnie matka, rozumie się, nie domyślając się istotnej przyczyny zasłabnięcia. Nareszcie, nareszcie otrzymałem wiadomości, że minęło, co było najgorszego, mianowicie niebezpieczeństwo śmierci! Uszczęśliwiony i spokojniejszy nieco, sypnąłem hojnie cekinami i teraz dopiero zauważyłem, że moje współlokatorki, obie córki Laury, są wcale, wcale niczego... Mniejsza! Niech będą aniołami w ludzkim ciele. Co one mogą mnie obchodzić!
Tegoż wieczora poszedłem wcześniej spać, znużony i wyczerpany doznanymi wzruszeniami. Gdym tylko się położył, weszły do izby obie dziewczyny, rozebrały się i ułożyły się do snu na łóżku stojącym obok mojego. To pełne niewinności zaufanie spodobało mi się. Trzecia, najstarsza, bardziej doświadczona, poszła spać do sąsiedniej izby, ile że miała kochanka, zapewniającego, że się z nią ożeni. Diabeł mnie na szczęście nie kusił; ja też ze swej strony nie wystawiłem obu niewinnych dziewczątek na żadną próbną pokusę. Nazajutrz balsam mi Laura przyniosła, nie nowinę! Najdroższa moja chora czuła się znacznie, znacznie lepiej... Rozpoczęła się rekonwalescencja. Jeszczem dni osiem przemieszkał u Laury, dopóki nie otrzymałem własnoręcznego, długiego listu od mojej ukochanej, zapewniającego mnie, iż moja bytność w Murano już jest zgoła zbyteczna. Całą bieliznę kupioną dla C. podarowałem Laurze. Rozpłakała się z radości. Córki jej płakały też, lecz domniemanie z żalu, że podczas całej mojej bytności w Murano nie tentowałem u żadnej z nich nawet o całusa.
Wróciłem do Wenecji. Pędząc żywot eremity160, tęskniłem nieopisanie do mojej przenajdroższej „mniszeczki”. Nie pisała mi atoli nic już o porwaniu, tylko przykazywała na siebie czekać. Wciąż przemyśliwałem, jakby też się z nią zobaczyć. Sposobność nie kazała długo na siebie czekać. Utartym obyczajem w dniu przyjęcia do klasztoru w Murano paru nowicjuszek pensjonarki klasztorne słuchały mszy w przepełnionym kościele. Wmieszany w tłum ujrzałem ją! Ona też natychmiast mnie spostrzegła. Spojrzenia nasze zlały się z sobą. Ciemno w oczach mi się zrobiło. Wydała mi się piękniejsza niż kiedy. We trzy dni potem otrzymałem od niej list, w którym każde słowo wręcz płonęło. Odpisałem, że będę w kościele w Murano w każde święto, aby mogła zza kraty na chórze mnie widzieć. Sądziłem, że nikt nie spostrzeże bytności na nabożeństwie jakiegoś nieznanego w Murano pana... A właśnie! Po miesiącu pisała mi C., że wszystkie mniszki i pensjonarki łamią sobie głowę, kto zacz jest ten pan, tak pilnie uczęszczający na nabożeństwa klasztorne! Ich domysły i komentarze bawiły ją przerozkosznie. Lecz czyż mi to wszystko mogło wystarczyć? Czyliż takim trybem żyć mogłem przez czas dłuższy, bezterminowy? Nudziłem się i chudłem.