W dniu Wszystkich Świętych, a był to już rok 1753, idąc z Murano ku gondoli, która miała mnie odwieźć do Wenecji, spotkałem prostą kobietę z ludu, w rodzaju Laury. Mijając mnie, upuściła na ziemię list. Podnoszę go i widzę, jak obejrzała się raz i drugi, jakby dla przekonania się, że list doszedł do moich rąk. Na kopercie nie ma adresu, pieczątka bez żadnego znaku. Przyspieszam kroku i zaledwie gondola odbiła od brzegu, rozrywam kopertę i czytam: „Zakonnica, która od dwóch i pół miesiąca widuje pana w kościele klasztornym życzyłaby sobie zapoznać się z panem. Wskaże panu pewną damę, która pana wprowadzi do parlatorium161. Chcę, aby mnie pan wpierw zobaczył, zanim zdecyduje się mnie poznać. Jeżeli ta droga poznajomienia się nie wyda się panu właściwą, rzeczona zakonnica wskaże panu pewne casino162 w Muranie, gdzie ją pan będzie mógł zastać samą o pierwszej w nocy w dniu wskazanym przez pana. Będzie pan mógł spożyć z nią kolację i w kwadrans potem opuścić ją, o ile by panu to dogadzało. Lub może by pan wolał zaprosić ją na kolację do Wenecji? Oznacz jej pan dzień i godzinę — późnym wieczorem. Przyjedzie zamaskowana w gondoli; bądź pan na brzegu zamaskowany, z latarką w ręku. Jestem pewna, że mi pan odpowie, pojmując, z jaką niecierpliwością będę na jego odpowiedź oczekiwała. Prześle mi ją pan przez kobietę, za pośrednictwem której pan list mój otrzymał. Kobietę tę zastanie pan na godzinę przed południem jutro w kościele Zbawiciela u pierwszego bocznego ołtarza po prawej stronie. Nie pisałabym oczywiście do pana, nie mając pełnego zaufania do jego honoru i jego dyskrecji”.
Zdziwił mnie nie sam fakt otrzymania podobnego listu, lecz ton listu. List był szalony, lecz zarazem pełny godności. Strzeliło mi do głowy, że napisać go musiała ta urodziwa i romantyczna zakonnica, która dawała lekcje mojej ukochanej... Ale oczywiście było to tylko proste przypuszczenie, gra imaginacji.
Odpisałem niezmiernie grzecznie, dając jednak do zrozumienia, iż obawiam się, aby nie paść ofiarą mistyfikacji. Co do sposobu widzenia się, wybrałem pierwszy. Niezwłocznie też otrzymałem liścik od hrabiny S., która nie pytając o nic, miała mi ułatwić wstęp do klasztornego parlatorium. W parę dni potem płynęliśmy z nią ku klasztorowi, rozmawiając, jak gdyby nic, o pogodzie. U furty hrabina wymienia nazwisko, jedno z najgłośniejszych w kraju. Po chwili jesteśmy w gabinecie, którego jedną ścianę stanowiła krata. Za kratą ukazuje się zakonnica; idzie prosto ku kracie, naciska guzik, szeroko rozsuwają się sztaby, przyjaciółki uściskują się, otwór znów znika, przyjaciółki rozmawiają ze sobą przez kratę, a ja dość napatrzyć się nie mogę jednej z najpiękniejszych, najbardziej uroczych kobiet chyba na ziemskim globie. Byłem teraz pewny, że M. M. jest właśnie tą zakonnicą, o której mi tyle razy pisała C. C., jej przygodną nauczycielką. Nie tylko nie odezwała się do mnie, lecz nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. Miała najwyżej lat 23; wysoka, smukła, miała przepiękną rękę, którą mogłem doskonale oglądać, aż po łokieć obnażoną. Wyraz twarzy, przedziwnie miły, łagodził pewną wyniosłość; rozkoszne, wilgotne usta znamionowały ognisty temperament. Byłem oczarowany. Pilno mi było zostać z nią sam na sam. Nagle obie przyjaciółki zaczęły coś do siebie szeptać. Dyskretnie odsunąłem się dalej na stronę. Trwało to kwadrans, po czym krata znów się rozsunęła, przyjaciółki uścisnęły się na pożegnanie, ruchoma krata znów się zasunęła i M. M. wyszła, nawet nie zwróciwszy uwagi na moją obecność. Rozumiałem dobrze, że chodziło jej tylko o to, abym ją zobaczył... Odwiozłem hrabinę S. do jej pałacu i cały przeniknięty tym, co zaszło, jąłem dociekać, jak też zakonnica może rozporządzać własnym casino w Murano dla przyjmowania w nim na całą noc swego kochanka! Dziw nad dziwami! Chyba sama jest metresą jakiegoś magnata... Co zaś do mojej C. C., to czułem doskonale, że już ją zdradzam, lecz sumienie miałem spokojne. Wydawało mi się, że nie wyrządzam jej przez to krzywdy, gdyż dygresja w stronę M. M. zapobiega znakomicie spowszednieniu mego stosunku do C. C., zapobiega nudzie i przesytowi. Byłem pewny, że sama C. C. byłaby tegoż zdania i nie brałaby mi za złe mojej „niewierności”. W arystokratycznych sferach weneckich udało mi się coś niecoś dowiedzieć o M. M. Dziwiono się, że wstąpiła do klasztoru tak piękna, bogata, wykształcona i wolnomyślna! Ot — mówiono — kaprys! Chodziły słuchy, że ma kochanka.
Jak tylko można było najspieszniej popędziłem do Murano. U furty klasztornej proszę w imieniu hrabiny S. o widzenie się z zakonnicą M. M. Furtianka wprowadza mnie do gabinetu; siadam przed kratą i czekam. Czekam... czekam... całą i długą godzinę. Sądząc, że furtianka nie wypełniła mego polecenia, dzwonię i powtarzam. Znowu czekam. W dobre pół godziny zjawia się furtianka i oświadcza krótko i węzłowato: „Mateczka M. M. zajęta; przez dzień cały będzie niewidzialna”... Byłem jak piorunem rażony. Zakpiła ze mnie, zmistyfikowała! Byłem zły, a zarazem nieopisanie dotknięty w miłości własnej. Postanowiłem zemścić się. Trzeba przecie było odesłać jej listy, coś napisać... Napisałem kolejno trzy kartki... Podarłem... Dzień za dniem upływał. Czułem, że zakochany jestem w M. M., jak to mówią, po uszy. Zbyt silne uczyniła na mnie wrażenie. Piorunujące! Nareszcie udało mi się napisać list — znośny. Pisałem niezmiernie grzecznie i niezmiernie spokojnie; radziłem być na przyszłość ostrożniejszą, gdyż trafić może na człowieka o wiele mniej delikatnego i wyrozumiałego; tłumaczyłem, że do kościoła klasztornego więcej przychodzić na nabożeństwo nie będę, gdyż nie chcę być „oglądany” przez jej koleżanki, którym z pewnością musiała opowiedzieć, jakiego mi doskonałego figla wypłatała. List posłałem przez forlana, tj. przez jednego z weneckich specjalnych posłańców dla spraw wymagających osobliwego sprytu i wypróbowanej dyskrecji, przykazując, aby, broń Boże, na żadną odpowiedź nie czekał.
Minęło dni kilka. Zdawało mi się, że rzecz cała jest zakończona i wyczerpana, gdy nagle pięknego poranku zjawia się u mnie ów forlano, któregom był posłał z listem do klasztoru. Powiada, że został wezwany do klasztoru przez furtiankę i że rozmawiał z pewną zakonnicą, która go o mnie szczegółowo wypytywała; że nie znając mnie, nie mógł udzielić jej żadnych wiadomości; że wówczas dała mu ona list, obiecując dwa cekiny, jeśli mnie odszuka i list mi doręczy. Sprytny forlano po dziesięciu dniach pilnych poszukiwań, odnalazł mnie i — oto wywiązuje się z otrzymanego polecenia.
List M. M. był gorący i serdeczny. W wymownych słowach tłumaczyła mi, że wszystko stało się dzięki fatalnemu nieporozumieniu, dawała wyraz bezgranicznemu zdumieniu, że mogłem ją posądzić o chęć wypłatania mi tak niestosownego figla; zapewniła, że jeśli będę trwać w urazie, niemającej zgoła żadnego usprawiedliwienia, to unieszczęśliwię ją na całe życie. Odpisałem natychmiast, nie tając bynajmniej katuszy, których zaznałem, w najpłomienniejszych słowach malując swoje uczucia. Nazajutrz popołudniu byłem już w gabinecie klasztornym, a gdy M. M. weszła, rzuciłem się przed kratę na kolana. Przerażona, kazała mi wstać natychmiast; policzki jej płonęły i w cudnych oczach stał raj otworem. Usiedliśmy, niezdolni zamienić najbanalniejszych nawet słów, i patrzyliśmy tylko na siebie. Pierwszy przerwałem milczenie, pytając, czy może mi przebaczyć... Wyciągnęła ku mnie przez kratę rączkę swoją, którą okryłem pocałunkami i zrosiłem łzami.
— Znajomość nasza rozpoczęła się istną burzą — rzekła. — Lecz poznaliśmy się lepiej niż przez długie dni spokoju. I nauczyliśmy się — nieprawdaż? — być wyrozumiałymi wzajemnie dla siebie.
— A kiedy będę mógł widzieć się z panią tak, abym mógł z całą swobodą dać wyraz szczęściu, które przepełnia mi duszę?
— Możemy w moim casino zjeść kolację... lub u pana w Wenecji. Jak pan woli.
Odrzekłem, iż moje obecne położenie majątkowe pozwala mi na zaspakajanie wszelkich nawet fantazji oraz że wszystko, co posiadam, należy do cudnej istoty, którą ubóstwiam. Odpowiedziała: