— Przedwczoraj. Nic mu nie zataiłam. Pokazałam mu pańskie listy i odpisy moich. On ma pana za Francuza; chciałby wiedzieć, kto pan taki, lecz proszę się nie obawiać, nie będzie usiłował dowiedzieć się...
— Ja bym też rad wiedzieć, kim jest ów całkiem niezwykły jegomość...
Wieczorem, stosując się ściśle do udzielonych mi wskazówek, udałem się na rendez-vous164 i w „drugim” pokoju zastałem panią mego serca w eleganckiej sukni wielkoświatowej damy. Pokój był obszerny, światło żyrandola odbijało się w zwierciadłach, na dwóch stolikach pełnych książek płonęły wspaniałe świeczniki. M. M. była inna niż w klasztorze, lecz jeszcze może piękniejsza. Padłem jej do nóg; zacząłem okrywać pocałunkami jej ręce, nie hamując się wcale. Lecz M. M. stawiła mi zdecydowany opór. Co za cudne jest to przewlekanie szczęścia, aby podwoić jego urok! Byłem kochankiem pewnym zwycięstwa, lecz zarazem nad wyraz delikatnym. Usta nasze płonęły pod namiętnymi pocałunkami. Po dwóch godzinach tych wstępnych igraszek, ona, wiedziona nieomylnym instynktem, nakazującym uczynić pauzę przed decydującym momentem, kazała podać kolację. Usługiwała nam wykwintnie ubrana dziewczyna, zręcznie i szybko. Ustawiła całą zastawę — same porcelany i srebra! — podała potrawy, sporządzone według przepisów najczystszej kuchni francuskiej, podała wina i poszła.
Piliśmy tylko burgund i wino szampańskie. M. M. jęła sama przyprawiać sałatę, a wszystko czyniła z nieopisanym wdziękiem i przedziwną gracją. Musiała najwidoczniej mieć za mistrza kochanka, nie lada wytwornisia i smakosza. Miałem wielką ochotę poznać się z nim.
— Powiem ci chętnie moje nazwisko — rzekłem — lecz ty w zamian powiedz mi, kto on taki!
Odrzekła:
— Powoli! powoli! Przyjdzie czas na zaspokojenie naszej wzajemnej ciekawości.
M. M. miała u zegarka kryształową flaszeczkę, podobną do mojej, a w niej na wacie niezmiernej rzadkości esencję różaną. Wyrabiano ją wyłącznie dla króla francuskiego. Kilka jej kropel sam posiadałem. Była wręcz bezcenna. Rozmowa nasza zeszła na temat niezmiernej trudności dostania drogocennego olejku.
— Tych kilka kropel, które posiadam — rzekła — podarował mi mój kochanek, który też je otrzymał w prezencie.
— Pani de Pompadour165 — wtrąciłem — przysłała małą flaszeczkę tej niezrównanej esencji panu de Moncenigo, ambasadorowi weneckiemu w Paryżu, za pośrednictwem pana de Bernis, obecnego posła francuskiego przy dworze Republiki Weneckiej.