— Pan zna pana de Bernis?

— Miałem zaszczyt obiadować z nim raz u pana de Moncenigo. Panu de Bernis szczęście dopisuje... przyznać jednak trzeba, że dzielnie mu sam dopomaga. Wysoko urodzony (jest, zdaje mi się, hrabią de Lyon), wysoką też jaśnieje inteligencją. Z racji też kształtnej postawy, a figury niemal kobiecej, zwą go Belle-Babet. Znam zbiór jego wierszy wcale, wcale niepospolitych...

Miało się już ku północy. Byliśmy po świetnej kolacji. Na kominku, u którego siedzieliśmy, rozmawiając, trzaskał wesoło ogień. Byłem zakochany ponad wszelką miarę w kobiecie cudnej jak marzenie. Zacząłem być natarczywy. Ona nie dała mi kroku naprzód postąpić.

— Droga i okrutna! Skazujesz mnie na męki Tantala166. Jeśli nie chcesz powolna być nakazowi miłości, uczyń przynajmniej to, co o tej spóźnionej porze nakazuje czynić natura. Połóż się do łóżka, a zanim uśniesz, ja, usiadłszy u twego wezgłowia, będę ci opowiadał co przedziwniejsze historie... Lub może wołałabyś, abym odszedł?

— Byłoby mi bardzo przykro.

— A dopieroż mnie! Jeżeli jednak mam zostać, to... to co rozkażesz, abym czynił?

— Możemy w ubraniu położyć się oboje na tej oto sofie.

— I ja mam też spać? Wymaga pani rzeczy niemożliwej.

W mig sama rozkłada na obie strony sofę, zarzuca ją poduszkami, słowem sporządza ogromne, a wygodne łoże. Rzucam się na nie; ona przez swawolę sama mnie z lekka popycha; poślizguje się; padamy na sofę oboje. Momentalnie zrzucam z siebie ubranie i usiłuję wyzyskać sytuację, co mi się najzupełniej nie udaje. Pozwala mi tylko rozwiązać, a po części porozrywać pięć, sześć wstążek u gorsu, co daje mi dostęp do najcudniejszego pod słońcem łona, które pospieszam okryć pocałunkami. Tylko to jednak — a więcej nic!... Nadaremnie, rozogniony cały, podwajam najpodstępniejsze zabiegi. Wybity z sił, muszę dać za wygraną i znużony śmiertelnie, w objęciach jej zasypiam. Zasypiamy oboje.

Zbudził mnie odgłos dzwonów.