— Co to jest? — pytam, zrywając się ze stosu poduszek.
— Wstawaj, mój drogi. Pora mi już wracać do klasztoru.
— Ubieraj się i pozwól niech cię oglądam w szatach świętej, ponieważ odchodzisz ode mnie w niepokalanej dziewiczości.
— Nie uskarżaj się... Ucz się ode mnie poprzestawania na tym, co... można. Przyszłym razem będziemy szczęśliwsi. Gdy odjadę, możesz tu zostać i wypocząć do woli.
Zadzwoniła; ukazała się służąca (najwidoczniej powiernica, dobrze opłacana), pomogła ułożyć w skromniutką koafiurę jej przepyszne włosy, pomogła schować do biurka i komody klejnoty i strojną suknię i przywdziać habit zakonny. Gdy służąca wyszła zawołać gondoliera, uścisnęła mnie najczulej, ucałowała ogniście i rzekła:
— Czekam na ciebie pojutrze, najdroższy. Przygotuj noc wenecką, gdyż chcę być u ciebie. Bądź zdrów!
Zadowolony, lecz niezaspokojony, rozłożyłem się wygodnie na ogromnej sofie i spałem snem sprawiedliwego aż do południa.
Tegoż dnia Laura przyniosła mi list od C. C. Widziała mnie — przez jakąś ukrytą szczelinę — rozmawiającego w gabinecie z M. M. Tak, to była właśnie serdeczna przyjaciółka i nauczycielka mojej C. C. „Jestem pewna — pisała — że się kochacie. Czemu przestałeś przychodzić na nabożeństwa do kościoła klasztornego? Umieram z niepokoju i tęsknoty”. Odpisałem natychmiast, że musiałem widzieć się z M. M. dla załatwienia pewnego polecenia hrabiny S. i że między nami nie ma nawet cienia tego, co da się nazwać miłością. Wzruszył mnie jednak list C. i postanowiłem pojechać na nabożeństwo do klasztornego kościoła w dzień św. Katarzyny. Za moją gondolą płynął jak cień jakiś osobnik, najwidoczniej mnie szpiegujący. Dla zmylenia go kazałem wylądować jeszcze w Wenecji, w parku pałacu Morosinich. Prześladujące mnie indywiduum też wysiada. Przebiegam park, przedostaję się dziedzińcami pałacowymi na wąską uliczkę i ukryty za węgłem, ze sztyletem w ręku, czekam. Indywiduum wynurza się z bramy pałacowej; przyskakuję doń, przypieram do muru, przykładam sztylet do piersi i żądam wyjaśnień. Osobnik drży i blednie, w chwili atoli, gdy już ma mi się wyspowiadać, przechodnie płoszą nas obu, szpieg mi się wymyka i ucieka... Nie dowiedziałem się niczego, lecz mam naukę! Trzeba być ostrożniejszym i jeździć do Murano albo w masce, albo nocą.
Nazajutrz, po św. Katarzynie, M. M. powiedziała mi w parlatorium, że wszystkie zakonnice ogromnie się ucieszyły, zobaczywszy mnie znowu na nabożeństwie po trzytygodniowej nieobecności. Zadowolona była nawet sama przełożona, pewna, iż lada dzień będzie wiedziała, kim ja jestem. Wpadliśmy przeto na domysł, że ona to właśnie, mateczka-przełożona, nasadziła na mnie szpiega, z którym miałem rozprawę u bramy pałacu Morosinich. Zapadło tedy postanowienie, iż odtąd nie będę już uczęszczać na nabożeństwa klasztorne. Powiedziałem jej o zdradzieckiej szparze.
— Nic to! — rzekła. — To była moja koleżanka, ogromnie miła i ładna panienka, całą duszą mi oddana. Zresztą, jużeśmy szparę gruntownie zatkali.