Na moje naglące pytania, gdzie i kiedy się spotkamy, rzekła:
— W Wenecji.
— Kiedy?
— Jutro, na parę godzin przed zachodem słońca. Czekaj na mnie u statui św. Bartłomieja. Uprzedzam, że do Wenecji zawiezie mnie mój kochanek.
Popędziłem bez pamięci do Wenecji. Nie miałem przecie własnego casina! Trzeba było je wyszukać, wynająć, wyporządzić... do jutra! Sypnąłem pieniędzmi i casino znalazło się, nawet najładniejsze i najokazalsze, jakie było w przedmiejskich dzielnicach. Należało do posła angielskiego, który sprzedał je za bezcen, wyjeżdżając z Wenecji, swemu kucharzowi. Nająłem je do Wielkiejnocy za sto cekinów zapłaconych z góry, pod warunkiem, że sam właściciel będzie mi sporządzał obiady i kolacje podczas moich rendez-vous w jego casinie. Miałem pięć pokoi, umeblowanych z wielkim smakiem i nieskazitelną wytwornością. W ścianie sali jadalnej był otwór, w otworze obracająca się szafka, w którą służba wstawiała wszystko, co miało być podawane, a nic a nic nie widząc, co się w sali dzieje i sama niewidzialna. W głównym saloniku, iskrzącym się od rżniętych kryształów i przepysznych zwierciadeł, brązów i marmurów, biegły wzdłuż ścian chińskie malowidła na porcelanie, przedstawiające zakochane pary w pozycjach zdolnych rozpalić najoporniejszą wyobraźnię. W sąsiednim, ośmiokątnym pokoju ściany, posadzka i sufit wyłożone były najprzedniejszymi weneckimi zwierciadłami, odbijającymi ze wszech stron wszystko to, co się w pokoju dziać mogło. Tuż obok był gabinet de toilette167, a na lewo buduar168, istne pieścidełko, tudzież wanna z kararyjskiego marmuru. Wszędzie bogate złote ornamenty na tle prześlicznie malowanych kwiatów i arabesek. Kazawszy wszystkie kandelabry i żyrandole zaopatrzyć w świece i porozkładać gdzie trzeba najdelikatniejszą bieliznę, obstalowałem169 wytworną kolację, kładąc szczególny nacisk na co najprzedniejszy gatunek win. Nie zapomniałem oczywiście o najpiękniejszych, jakie znaleźć mogłem, pantofelkach oraz o czepeczku z najdroższych francuskich koronek.
Na godzinę przed terminem naszego rendez-vous byłem już u posągu św. Bartłomieja; noc była niezmiernie chłodna, lecz jam tego nie czuł. Byłbym jej nie poznał w męskim przebraniu! Uśmiała się serdecznie z chwilowego qui pro quo170 i lekko wsparta na moim ramieniu, dała się prowadzić przez plac św. Marka prosto do mego casina. Podobało jej się niezmiernie; rzuciła się oglądać każdy zakątek, ja zaś nie mogłem napatrzyć się do syta — tak była cudna i nieopisanie kształtna w bladoróżowym, aksamitnym, męskim kostiumie, delikatnie przetykanym srebrem, w bogato wyszywanej kamizeli, w spodenkach z czarnego atłasu. Na klamrach bucików migotały brylanty; na małym palcu lewej ręki miała śliczny soliter171. Pomogłem jej wyładować z kieszonek: szczerozłote puzderko, perłami wysadzaną bransoletkę, złote etui, misternie rzeźbioną lornetkę, wreszcie niezmiernej cienkości batystowe chusteczki, dosłownie przepojone najprzedniejszymi perfumami. A co za cacka były jej zegarek, łańcuszek, breloki! W płaszczu znalazł się ukryty przecudnej roboty mały angielski pistolecik. Zachwycony, wyznałem jej szczerze i otwarcie, że nie czuję się na siłach współzawodniczyć z jej kochankiem, widząc, jakim bogactwem i jak wyszukaną wytwornością ją otacza.
— Za ogrom szczęścia — rzekłem — które mi dajesz, czymże się odpłacę?
Nie dała mi mówić. Gdyśmy usiedli u kominka, pozwoliła mi rozpiąć koronkowe zwoje żabotu i napawać się do woli ukrytymi w nich skarbami, powstrzymując wciąż i powstrzymując mój aż nadto usprawiedliwiony impet ku dalszemu rozwinięciu tak szalenie podniecającej sytuacji.
— Potem... potem!...
— Po kolacji?