Dla donżuana rzeczą jest główną, ba, jedyną: zdobycie kobiety. Dla Casanovy, i każdego posiadającego w mniejszym lub większym stopniu jego organizację duchowo-fizjologiczną, ma wartość bezcenną cały przebieg miłosnej przygody, choćby miała mu zgotować nie same tylko rozkosze i upojenia. Casanova sam kocha; Casanova samego siebie oddaje kobiecie ukochanej; Casanova dba w równej mierze o danie jej maksimum szczęścia, jak o zadowolenie własne; Casanova splata i rozplata wiecznie nowy marywodaż29 erotyczny, z upodobaniem, z pasją, z lubością, z maestrią wirtuoza, egzekwującego na koncercie najtrudniejszą i najświetniejszą zarazem kompozycję muzyczną.
On też, podobnie jak donżuan, wciąż i nieustannie przez życie całe ma do czynienia z kobietami. Czy tylko dla kolekcjonowania i kompletowania trofeów? Nie! Casanova tak żyć nie może bez stosunku miłosnego z kobietą, jak — wybaczyć proszę trywialne porównanie — jak palacz nałogowy bez papierosa lub cygara. Dnia nie przeżyłby bez kobiety. Casanova nie goni za coraz nową liaison dangereuse30; ona się sama mu nawija, jakby całkiem naturalnym rzeczy składem. Magnes po drodze wszystką stal przyciąga, zagarnia. Stu ludzi, zaaferowanych lub niewrażliwych, przejdzie mimo najpiękniejszej, najciekawszej kobiety... Zatrzyma się jeden tylko: Casanova. I „epizod” gotowy. Z takich epizodów złoży się niepostrzeżenie życie całe.
Życie całe Jana Jakuba Casanovy było jedną, nieprzerwaną serią przygód miłosnych.
I żadna z nich nie zostawiła po sobie ani jemu... ani partnerce wspomnień przykrych, gorzkich, bolesnych. Wręcz przeciwnie! Kobieta, z którą Casanova przeżył w stosunku miłosnym choćby dzień jeden tylko, wspominać o nim będzie długo, długo bardzo, może do końca życia z uczuciem dziwnie tkliwym; jeżeli nie z melancholią tęsknoty za czymś bardzo cudnym, a niepowrotnym, to w każdym razie z przedziwnie szlachetną serdecznością. Kobiety z właściwą im instynktowną przenikliwością czują doskonale w mężczyźnie Casanovę lub Don Żuana. Zmożone, oddają się donżuanowi; same w ręce idą Casanovom. Z pierwszymi idą na emocjonująca grę hazardową i najczęściej przegrywają, opłacając słono i gorzko zaznane tylko... wrażenia; z drugimi idą jak na niewątpliwie znakomicie zaaranżowaną majówkę, pewne prześlicznych krajobrazów, wystawnego menu, rozkosznych rozrywek, urozmaiconej zabawy, chwil w miarę tkliwych i w miarę szalonych, a pewne dyskrecji... murowanej.
Wirtuozostwo miłosne w połączeniu z niespożytym temperamentem przedłuża, zda się, w nieskończoność życie erotyczne „wieczystego kochanka” z typu Casanovy.
Płomienność i głębia uczucia cudnych elegii siedemdziesięcioparoletniego Goethego31, rozkochanego w młodziutkiej Ulryce von Levetzow, towarzyszce długich sam na sam spacerów po cienistych alejach Marienbadu i Karlsbadu, miłosne intermezzo mediolańskiego Kossutha32, liczącego niewiele mniej lat, przyjazd bez mała siedemdziesięcioletniego Kraszewskiego33 w 1881 roku do Wiednia na kongres międzynarodowy w towarzystwie prześlicznej panny Negri, dialogi u kominka osiemdziesięcioletniego Fontenelle’a34 z kochanką lat młodzieńczych, panią de Chevreuse, listy dogorywającego Heinego35 do tajemniczej po dziś dzień panienki (może Kamili Selden, może Elizy von Krienitz?) którą zwał swoją najdroższą „Mouche” (muszka) — wszystko to jest przecie niegasnącym nigdy, wspólnym wszystkim krajom i czasom odblaskiem nieśmiertelnego casanowizmu. Nie donżuanerii, lecz tej właśnie całożyciowej potrzeby kobiety, tej odradzającej się nieustannie potrzeby narkotyzowania życiowej atmosfery stosunkiem z kobietą coraz innym, właśnie oczarowującym niewyczerpanym odmian swych bogactwem. Nie chodzi o kobietę coraz inną; chodzi o coraz to nowy, w nieśmiertelnej swej świeżości, stosunek do kobiety. A powiedziane już jest przez to, że nie to jest najcenniejsze, co się od kobiety bierze — a nawet otrzymuje — lecz to ma najprzedziwniejszą wartość dla natur o całe niebo szlachetniejszych i subtelniejszych niż Don Żuana, to mianowicie... co się kobiecie daje.
Nie za kobietami gonił przez życie całe Casanova, lecz — za miłością. Nie był on kolejnym kochankiem „dwóch czy trzech tysięcy kobiet”, jak woła przerażony Janin, lecz był do ostatniego tchu kochankiem, wielbicielem, najwierniejszym niewolnikiem Miłości.
A że w tej nieustannej pogoni za ekstazą miłosną, podczas tych nad wyraz częstych wypraw do Cytery36 „zniesławił”, jak wyraża się tenże Janin, tyle to a tyle „ofiar wyuzdanej namiętności”... Ach!... Czy nie wypadałoby raz przecie odzwyczaić się od upatrywania w każdej „uwiedzionej” kobiecie... ofiary mężczyzny? Zazwyczaj role są równe; odpowiedzialność, o ile w ogóle mowa o niej być może, jednakowa... Przeto też jeżeli już à tout prix37 chcemy cisnąć gromem oburzenia w żywot Casanovy, weźmy w dłoń zamiast jednego gromu pęk cały i „ogniem z nieba” ogarnijmy całe cywilizowane społeczeństwo XVIII stulecia, którego obyczajowości jednym z najwierniejszych i najciekawszych odbić był awanturniczy żywot rozgłośnego „libertyna”.
Społeczeństwo XVIII stulecia poczytywało przecie za rzecz całkiem naturalną i logiczną pędzenie takiego żywota, jaki pędził Casanova. Powiedzmy więcej. Casanova posiadał nie jeden, lecz mnóstwo przymiotów otwierających przed nim wśród współczesnego mu społeczeństwa: sławę i kredyt. Był szarlatanem, jak Cagliostro magnetyzerem, jak Mesnier iluminatem38, magiem koptyjskim, posiadał niezmierny talent wyprowadzania ludzi w pole, mistyfikowania ich, wykierowywania na kpów39, a zarazem nie mniejszy dar wyszachrowywania od kobiet wszelkich „dóbr doczesnych”, tumanienia bogaczy i wyzyskiwania hojnych legatów. Obdarzył Francję loterią; miał wszystko po temu, aby być wynalazcą montekarlońskiej ruletki! Żył, nie oglądając się na nic; sto razy z cudzej kieszeni; sto razy jak „ptak niebieski”; niezliczoną ilość razy w zatargu z władzami bezpieczeństwa publicznego... I... fetowano go, ściskano, honorowano. Wszystkie drzwi stały przed nim otworem. Piersi miał zasypane orderami wszystkich włoskich księstewek; kawalerem był krzyża papieskiego.
„Życie Casanovy — pisał Janin, najsurowszy i najniesprawiedliwszy ze wszystkich komentatorów jego Pamiętników — to jedno bagno, to jedno kazirodztwo, jedno wiarołomstwo od Paryża do Rzymu, jedna ruja i porubstwo, wszeteczeństwo i nierząd, praktykowane dzień po dniu, godzina za godziną. Urodzony z dziewczyny publicznej i ojca o niewiele większej wartości moralnej, w piętnastym już roku życia ojca przeszedł i matkę. Ileż wręcz nieprawdopodobnych przygód! Ileż okoliczności i wydarzeń sprzyjających, jak nie można lepiej, chuciom wyuzdanym! Ileż ten człowiek splugawił miejsc poświęconych i niepoświęconych, nie oszczędzając ani niskich chat, ani dumnych pałaców! Nie było dlań świętego miejsca ani w zajeździe, ani w klasztorze, ani na poddaszu, ani pod stropem katedry, w polu, w ogrodzie, na publicznej drodze!... Nie uszanował ani Paryża, ani Wenecji, ani wsi, ani miasta, ani monarszego dworu! Ani młodości zaledwie rozkwitniętej, ani lat podeszłych, ani dzieciństwa, ani starości, ani damy, ani pokojówki, ani komediantki, ani przeoryszy!... Nic nie było w stanie pohamować impetu jego chuci wyuzdanej, niesytej, rozszalałej. Kochał w równym stopniu złoto i rozkosze miłosne, z jednakową zręcznością umiał przerabiać miłość na złoto, jak złoto na miłość”.