Rozmyślnie przytoczyliśmy sąd ten surowy, wyszły40 spod pióra głośnego swego czasu krytyka paryskich „Debatsów”41, szermierza „zdrowego rozsądku” w epoce rozkwitania romantyzmu; przytoczyliśmy dlatego, aby szkic niniejszy nic nie miał — w niczyjej opinii — wspólnego z „apologią” Casanovy. Owszem, niech i Katon42 przyjdzie do głosu! Od wymyślań: libertyn, deprawator, rozpustnik, debosz, farmazon, szuler, szarlatan, oszust! — podobnie jak dotąd nie rozsypała się w proch sława wszechświatowa Casanovy wespół z poczytnością jego nieśmiertelnych Pamiętników, tak też i wobec nieuniknionych w dalszym ciągu wznoszeń oczu do nieba oraz załamywania rąk przy akompaniamencie sutych wyzwisk niechybnie się ostoi.
O wiele słuszniej chciano widzieć w Casanovie wiele cech Fausta43. On też był człowiekiem, którego interesowało wszystko, dosłownie wszystko, co umysł ludzki zaprzątało. On też mógł powtórzyć za legendowym bohaterem arcydzieła Goethego:
Habe nun, ach! Philosophie
Juristerei und Medicin,
Und leider auch Theologie
Durchaus studiert...44
może nie z tak „gorącą usilnością” (heisses Bemühen), jak średniowieczny wędrowny alchemik wirtemberski, w każdym jednak razie z pasją i zręcznością nie byle jako wykształconego dyletanta, zdobywającego się od czasu do czasu na traktowanie tej lub owej specjalności ze sprawnością najzupełniej zawodową. I nie tylko jako sport naukowy uprawia Casanova przerzucanie się od filozofii do matematyki ścisłej, od astrologii do bibliofilstwa, od zabiegów leczniczych do gry dyplomatyczno-politycznej. Chodzi mu o istotę spraw, zagadnień, objawów. Stara się dotrzeć do jaźni rzeczy i do ich początku. Szuka prawdy... Jest w nim niezaprzeczenie przynajmniej coś niecoś z Fausta niepokojów, usiłowań — i rojeń.
Jeszcze żywiej wobec Casanovy staje przed oczyma postać Żyda Wiecznego Tułacza. Oczywiście, że skończony światowiec i na wskroś „Europejczyk” z epoki roccoco nie odbywa wiecznej swej wędrówki z kosturem w dłoni, w płaszczu romantyczno-balladowym, z rozwianą na piersiach siwą brodą — jak sobie wyobrażamy bezimiennego ucznia Chrystusowego, o którym wyrosła nieśmiertelna legenda z ostatnich wersetów Ewangelii św. Jana. Oczywiście, że żywot Casanovy nic nie ma w sobie ekspiacyjnego45, jak straszna wędrówka tułacza Ahaswera. Niesie go tylko i niesie po świecie, pędzi z miejsca na miejsce, jakby jakaś siła fatalna, jakby jakieś Przeznaczenie. Nie brakło niezawodnie przesadnych i bojaźliwych dusz, żegnających się in petto46 przy spotkaniu dziwnego, jakby upiorowego człowieka w nieustannym ruchu, okrążającego nieprzerwanie Europę, jakby w pogoni za dniem wczorajszym, lub partego naprzód pod przymusem jakimś tajemniczym. Tfu! Zgiń, przepadnij, maro niesamowita! Joannes Buttadeus?... Isaac Laquedem?... Czy ducha ich tragiczne wcielenie?
Uspokójcie się, panie i panowie, nie macie przed sobą żadnej inkarnacji jerozolimskiego sprzed dziewiętnastu wieków Żyda o kamiennym sercu, co z progu swej lepianki zaszydził ongi plugawo ze Zbawcy Świata, dźwigającego krzyż na Golgotę. Przed wami wytworny, elegancki, bajecznie sprytny i bajecznie interesujący „awanturnik”, używający życia bez miary i bez pamięci, robiący w samej rzeczy najautentyczniejsze złoto z łatwowierności i głupoty ludzkiej, mistrz nad mistrzami w grze miłosnej, uwodziciel nieskończonej liczby kobiet, bezpamiętny i bez żadnych skrupułów, ale tak subtelny, iż każda z uwiedzionych stanąć by mogła do przysięgi, że właśnie ona zgięła go do swych stóp, podczas gdy wszystkie inne kobiety rzucały mu się bezwstydnie w objęcia!
Pan Aldo Rava, wydawca i komentator całego szeregu listów niewieścich pisanych do Casanovy (Lettres de femmes à Jacques Casanova, Paryż, 1912) wyraża się z niezaprzeczona słusznością: