Najukochańsza moja M. M. wyraziła chęć posiadania mego portretu ukrytego w medalionie o podwójnym dnie. Kazałem natychmiast sporządzić istne cacko, w którym za naciśnięciem sprężynki ukazywał się mój miniaturowy wizerunek spod obrazka Zwiastowania. Była uszczęśliwiona, a w parę dni potem otrzymałem od niej list z prośbą o przyjęcie rewanżu. Przy liście był kluczyk od małej szafki, stojącej w buduarze jej casina. „Podarunek — pisała — który chciej przyjąć ode mnie, ma tę jedyną wartość, że jest portretem tej, która cię ubóstwia. Nasz wspólny przyjaciel ma dwa takie wizerunki; przyjaźń, którą dla ciebie żywi, poddała mu wyborną myśl podzielenia się tymi wizerunkami z tobą. Tabakierka, którą znajdziesz w szafce, zawiera mój portret dwa razy powtórzony na dwóch ukrytych polach. Podniósłszy dno, ujrzysz mnie w ubraniu zakonnym, a pocisnąwszy je w bok, odsłonisz mój wizerunek zgoła bez żadnego stroju. Nigdy, przenigdy żadna cię kobieta nie kochała tak bez pamięci... Nasz wspólny przyjaciel podsyca wciąż moje dla ciebie uczucie, zachwycając się tobą bezustannie. Bywa, że sama nie wiem, z nim, czy z tobą więcej zaznaję rozkoszy i szczęścia, to zaś wiem na pewno, że nikt ani tobie, ani jemu nie dorówna”. Istotnie, w ślicznym etui, znalazłem złotą tabakierkę ze śladami w niej tabaki, co oznaczało, iż była w użyciu. Stosując się do wskazówek w liście, ujrzałem najpierw ukochaną moją jako mniszkę w profilu, a na drugim dnie całą nagą, leżącą w pozie Magdaleny Corregia174 na zwojach czarnego atłasu, zapatrzoną na Amora, siedzącego zgrabnie u jej stóp, na porzuconym habicie zakonnym. Prezent sprawił mi niewymowną radość. Zachwycony też byłem dowodem zaufania ze strony mojej najdroższej.

Na Trzech Króli udało się nam być razem na operze, a potem w salach gry. Graliśmy do spółki i rozbiliśmy bank, co mi sprokurowało równo tysiąc cekinów, dzięki którym, stale szczęśliwy w grze, zapewniłem sobie na dłuższy czas bardzo wygodną, a nawet wcale wystawną egzystencję. Tegoż dnia, na Trzech Króli, otrzymałem list od C. C. Poznała na medalionie M. M. rękę malarza, który na jej pierścionku malował św. Katarzynę. Była pewna, że pod medalionowym Zwiastowaniem znajduje się mój portret. Ze swej strony M. M., jej serdeczna przyjaciółka, wyraziła pewność, że pod św. Katarzyną musi też ukrywać się nie kto inny, tylko mój wizerunek. „Wiem, że wy się kochacie — pisała — i szczerze wam współczuję, rozdzielonym przez okrutną kratę klasztorną. Jakże chętnie, mój drogi, ustąpiłabym ci mego miejsca. Uszczęśliwiłabym dwoje ludzi. Bądź zdrów!” W odpowiedzi przyznałem, że przeniknęła naszą tajemnicę, zaklinałem się zarazem, że uczucie, które żywię dla M. M., w najmniejszej mierzenie osłabia miłości mojej dla niej samej. Prawda, nie byłem szczery i otwarty, lecz to tylko dlatego, że uniosła mnie pasja zawiązywania tak zwanej intrygi, która zresztą w tym wypadku, wiedziałem dobrze, iż pierwej lub później musi pęknąć, zważywszy na bliski stosunek łączący ją z M. M.

Karnawał szalał w całej pełni. Dowiedziałem się za pośrednictwem Laury, że w klasztornym parlatorium ma się odbyć bal maskowy i postanowiłem pójść w tajemnicy przed obu moimi przyjaciółkami, a w przebraniu pierrota175. Byłem pewny, że ujrzę je obie, przyglądające się spoza kraty balowi, i będę mógł do woli porównać obu piękność i urok. W Wenecji podczas karnawału dozwolona jest po klasztorach ta niewinna rozrywka176. Publiczność tańczy w parlatorium, a mniszeczki przyglądają się spoza kraty. Pod wieczór bal się kończy, wszyscy się rozchodzą, a biedne zakonnice żyć muszą długo jeszcze potem... uciechą oczu, której jedynie zaznały.

Był to właśnie dzień, kiedym się miał z M. M. spotkać w jej casinie. Poszedłem na bal nie dla niej, lecz dla C. C., którą okrutnie mi się zachciało zobaczyć. Kostium pierrota jest w Wenecji rzadko używany, toteż moje wejście do przepełnionego parlatorium sprawiło niekłamaną sensację. Rozstępowano się, oglądano mnie od stóp do głowy... Ułatwiło mi to posuwanie się przez tłum wzdłuż kraty. Pełno było za nią zakonnic i siedzących i stojących, przyglądających się z widoczną ciekawością temu, co działo się na sali. Spostrzegłem w lot obie moje przyjaciółki, stojące obok siebie, nie mniej niż koleżanki zajęte balem i ubawione wirowaniem masek. Zaczepiłem jakąś zgrabną arlekinkę i puściłem się z nią menueta, potem ze dwanaście z rzędu furlan przetańczyłem177, aż duch mi się zaparł w piersiach, potem uprzykrzającego mi się arlekina, chwyciwszy za pas, obnosiłem po sali; poliszynel178 podstawił mi nogę, upadłem, otrzepałem zacnie poliszynela, aż mu garb i brzuch odleciały, i przy rzęsistych oklaskach zakonnic oraz nie mniej rozbawionej i wybuchającej śmiechem sali — ulotniłem się. Literalnie skąpany w pocie, dopadłem do gondoli i kazałem się wieźć na redutę, gdziem dokazywał i grał bez pamięci. Dopiero za dwie godziny miałem schadzkę z M. M. Zużyłem ich co się zowie dla nabicia sobie kieszeni zlotem i srebrem. Pędzę do Murano i zastaję M. M. już w casinie, w stroju zakonnym, siedzącą u palącego się kominka. Zbliżam się na palcach, aby stanąć nagle przed nią w stroju pierrota i napaść się jej zdumieniem, gdy nagle — ja sam staję jak wryty. Mam przed sobą C. C. w ubraniu zakonnicy, tyleż co ja zdumioną, wpatrującą się we mnie i niezdolną przemówić słowa. Padam na fotel. Przez głowę przelatuje mi pewność, że nikt inny tylko M. M. zgotowała mi tę niespodziankę. Więc wie, że jestem kochankiem jej przyjaciółki? Siedzimy naprzeciwko siebie i milczymy. Upływają minuty, wydające się nam wiekami. Ona pomieszana... Oczywiście nie poznała mnie w przebraniu pierrota, szczelnie zamaskowanego, ale widzę aż nadto dobrze, że zjawienie się pierrota wywarło na nią wrażenie piorunujące. Obecność C. C. nie była mi obojętna, o nie! Kochałem ją przecie, miała dla mnie tysiąc powabów. Była prześliczna... Chęć skorzystania z nadarzającej się tak świetnej sposobności walczyła we mnie z obawą, czy czasem M. M. (może nawet ze swym przyjacielem) nie obserwuje nas z potajemnego pokoju. Byłem wręcz nieszczęśliwy. Ale jeśli M. M. jest u okienka potajemnego „obserwatorium”, to ukaże się przecie w stosownej chwili... Ha! Niech się dzieje, co chce! Zdzieram maskę, perukę i daję się poznać mojej C. C. Ona klaszcze w ręce i woła: „Spodziewałam się, że to ty! Przeczucie mi mówiło!” Następują eksplikacje179. Po balu w klasztorze M. M. poprosiła ją, aby jej wyświadczyła wielką uprzejmość. Rozumie się, przystała natychmiast. Wówczas M. M. przebrała ją w strój zakonnicy i poleciła wyjść pod przewodem siostrzyczki służebnej z klasztoru, siąść do gondoli i kazać siebie wieźć „do casina” i tam czekać.

— Co i uczyniłam — rzekła — i otom tu jest! Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie na widok wchodzącego pierrota... Byłabym umarła ze strachu, jeśliby nie przeczucie, że... to ty. Ale serce mi zamarło, gdyś cofnął się ode mnie, jakby przerażony. Więc spodziewałeś się zastać tu — nie mnie! Ach, mój Boże! Czyś ty pomyślał, że oto upłynęło już osiem miesięcy od ostatniego naszego widzenia się... Pomyśl!... Jakie szczęście, że cię widzę!... Wiem, wiem, M. M. jest jedyną kobietą godną dzielić ze mną twoje uczucie i twoje pieszczoty... Nie czynię ci żadnych wyrzutów... Pójdź w moje objęcia!

Byłbym barbarzyńcą, byłbym czarnym niewdzięcznikiem, odtrącając od siebie tego anioła dobroci i piękności. C. C. jęła usprawiedliwiać swoją przyjaciółkę. Najwidoczniej, wiedząc o łączącym nas stosunku, chciała dać nam sposobność znalezienia się sam na sam. Zgodziłem się na to, lecz zastrzegłem się, że jestem na śmierć i życie zakochany w M. M. i że boli mnie okrutnie, iż ona mnie nie kocha, gdyż jeśliby kochała, nie urządzałaby sama schadzki dla mnie z C. C. Na to ona: „Kocha cię niezawodnie! Twoje szczęście jest jej szczęściem, to przecie takie proste! Ja jestem jej najserdeczniejszą przyjaciółką; nieprzykro jej przeto, że jestem jej rywalką”. Argumentowała zręcznie i gorąco. Rzekłem, iż M. M. poślubić nie mogę, a ją przeciwnie, już poczytuję za żonę... Końca tej rozmowie nie było, a północ się zbliżała. Służąca z własnego impulsu dała nam kolację. Miałem na sercu ciężar stupudowy180. Po kolacji rozmawialiśmy znów — jak brat ze siostrą, a o brzasku dnia, nie mogąc przezwyciężyć nastroju całkiem niesprzyjającego zapałom miłosnym, włożyłem maskę, tkliwie pożegnałem C. C., też wybierającą się z powrotem do klasztoru, i oddaliłem się. Wracając do Wenecji w burzę i przenikliwy chłód, a lekko odziany, przeziębłem i dni kilka, gorączkując, przeleżałem w łóżku.

Dwa listy z klasztoru, które przyniosła mi moja wierna Laura, podziałały na mnie jak balsam. C. C. przesłała mi klucz od casina, spragniona spotkać się ze mną znowu; M. M. tłumaczyła, jak się wszystko stało. Przypuszczenia moje były trafne. Przypadkiem otworzywszy pierścionek mojej „żoneczki” z ukrytym pod św. Katarzyną moim wizerunkiem, odkryła naszą tajemnicę. Na razie sprawiło to jej wielką boleść, powoli jednak znalazła w tej komplikacji niewysłowiony urok i zaraz postanowiła zgotować mnie i przyjaciółce choćby chwil kilka niezamąconego szczęścia. Nocy owej w casinie znajdowała się istotnie w potajemnym „obserwatorium”; widziała i słyszała wszystko, nieskończone nasze rozmowy znużyły ją; usnęła i to było przyczyną, że nie ukazała się w porę, aby nas pogodzić. Wyszła z ukrycia już po moim odejściu... C. C. donosiła mi w liście, iż po klasztorze rozniosła się była wieść o utonięciu pierrota (który wszystkich tak ubawił na balu maskowym) w powrocie z Murano do Wenecji, podczas niesłychanie burzliwej nocy. Usłyszawszy to, M. M. zemdlała. Moja „żoneczka” nie znajdowała słów dla dość mocnego wyrażenia jej miłości dla mnie. Od tej daty rozmawiały nieustannie o mnie, dopełniając coraz to nowymi szczegółami mój wizerunek, zarówno duchowy, jak cielesny.

Oba listy poruszyły mnie do tego stopnia, iż chciałem zerwać się i pędzić do Murano. Niestety, mogłem tylko odpisać obu przyjaciółkom, a dopiero w sześć dni potem czułem się na siłach dać M. M. rendez-vous w jej casinie. Pilno mi było dać wyraz memu zachwytowi dla jej uczucia tak głębokiego, iż tylko moje szczęście i zadowolenie miała na względzie. Zdawała się żyć tylko dla mnie. Podobnie jak miłość dla mnie nie przeszkadzała jej okazywać daleko idących względów panu ambasadorowi, tak też zdawało się jej, że i ja mogę jednocześnie ubóstwiać ją i C. C. Uczucie jej wydawało mi się być szczytem bezinteresowności, altruizmu i doskonałości. Dziś, gdy lata szronem siwizny przyprószyły mi włosy i stłumiły zmysłów ognistość, spokojna wyobraźnia zgoła inne o tym wszystkim podsuwa mi rozumienie i widzę jasno, że urocza moja zakonnica nie była wcale w zgodzie ze skromnością i wstydliwością, z tymi najpiękniejszymi przymiotami piękniejszej połowy rodzaju ludzkiego. Lecz przynajmniej wolna była od zatruwającej szczęście i życie okropnej, fatalnej zazdrości!

We dwa dni potem, 4 lutego roku tysiąc siedemset pięćdziesiątego czwartego, miałem znowu szczęście przebywać sam na sam z moim aniołem. Oboje przepraszaliśmy się wzajemnie, czując, że i ja, i ona obeszliśmy się z bożkiem Miłości jak najniezręczniejsi jego wyznawcy i słudzy. Ale czyż słowa wyrażą tak subtelny tok myśli! Czyż wypowiedzą to, co czują dwie dusze zaplątane w labirynt sprzecznych, a zarazem dopełniających się uczuć! Wymowniejsze były pocałunki, a rychło potem, podczas gdy usta nasze milczały jak zaklęte, staliśmy się jakby jednym ciałem i jedną duszą. U szczytu wzruszenia, żądni dać sobie wzajemnie dowody jak najniezbitsze pełnego pojednania i zupełnego przebaczenia, tudzież tych ogni, które zdawały się nas pożerać, podnieśliśmy się, nie wypuszczając się z objęć i padliśmy na pobliską sofę, pozostając tam aż do wyrwania się nam z piersi głębokiego westchnienia, którego nie bylibyśmy w stanie powstrzymać, choćby miało być w życiu ostatnim. Tak odbyło się szczęśliwe i rozkoszne pojednanie, zakończone wybuchem śmiechu, gdyśmy spostrzegli, że jestem jeszcze w płaszczu i w masce. Gdyśmy się naśmiali do woli i gdym zrzucił maskę, spytałem, czy nikt a nikt nie był świadkiem naszego pojednania się. Zamiast odpowiedzi wzięła świeczniki rzekła mi: „Chodź!”. Zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie u ściany stała ogromna szafa. Otworzyła ją i odsunęła na bok jej tył, odsłaniając drzwiczki prowadzące do niedużego gabinetu. Było w nim wszystko, czego by potrzebować mogła osoba przebywająca w nim czas dłuższy. Obok kanapy była ruchoma, odsuwana deszczułka. Zasłaniała ze dwadzieścia otworów, przez które można było doskonale widzieć, co się dzieje we wszystkich stronach sąsiedniego pokoju. Przez nie właśnie przyjaciel M. M. przyglądał się pamiętnej nocy sześcioaktowej sztuce, zaaranżowanej przez miłość i prawa natury... Wyrwało mi się:

— Tyś z nim wówczas tu była?