— Jaka szkoda — wyraził się — że jej tu nie ma między nami!
— Zbyt trudna byłaby z tym sprawa — podchwyciła M. M. — ale — rzekła, zwracając się do mnie — może byś pan zechciał wespół z moją najdroższą C. C. spożyć kiedy kolację w moim casino.
Odparłem, ukrywając zdziwienie z racji tak niespodziewanej propozycji:
— Towarzystwo pani nie da się żadnym innym zastąpić i żadnego dopełnienia nie potrzebuje... ale nie omieszkam skorzystać z łaskawego jej zaproszenia.
Pan de Bernis wtrącił żywo prośbę, abym uprzedził C. C., iż i on na ową kolację przybędzie.
Nazajutrz M. M., zawsze zręczna i przytomna, zaklinała mnie w krótkim liściku, abym jej szczerze wyznał, czy czasem nie zgodziłem się na kolację we czworo jedynie przez grzeczność. Odpisałem, że broń Boże, że osobliwie rad jestem, iż C. C., niedoświadczona i nieobyta, znajdzie się w towarzystwie, które niewątpliwie wielce się przyczyni do jej ogłady. Po takiej deklaracji, oczywiście, nie mogłem cofnąć się żadną miarą. Klamka zapadła. Znajomość ludzi mówiła mi, że pan de Bernis zakochał się w C. C. i że to on zniewolił M. M. do podsunięcia mi owej kolacyjnej propozycji. Nie ma co mówić! Majster nie lada w zadzierzgnięciu i prowadzeniu intrygi! I postawił na swoim!... Musiałem robić, jak to mówią, bonne mine a mauvais jen183, tym bardziej iż przecie pan de Bernis okazał się ze swej strony dla mnie tak uprzedzająco grzeczny...
Miłość własna silniejsza jest niż zazdrość. Ona to pozwala człowiekowi rozsądnemu nie okazywać zazdrości człowiekowi wolnemu od tej okropnej przywary.
W dniu oznaczonym zastałem już posła w casinie. Zaledwieśmy się rozgadali na dobre, weszły obie nasze przyjaciółki. C. C. aż cofnęła się parę kroków, spostrzegłszy mnie w towarzystwie obcego człowieka, lecz gdym ją jak najczulej przywitał, odzyskała równowagę, tym bardziej spostrzegłszy, iż obcy pan pożera ją zachwyconymi oczyma i widocznie nie mniej jest zachwycony odpowiedzią w najczystszej francuszczyźnie, którą mu się odwzajemniła za komplement tchnący najwytworniejszą atmosferą Wersalu. C. C. była istotnie urocza i powabna jak chyba nigdy jeszcze... Życzyłem sobie, aby olśniewała. Prowadziłem rozmowę w ten sposób, aby miała raz po razu sposobność błyśnięcia dowcipem i humorem. Podniecała ją moja zapobiegliwość, czuła, że się podoba... panu de Bernis wydała się istnym cudem. O niekonsekwencjo serca ludzkiego! Pragnąłem z całej duszy, aby wydała się jak najlepiej i szczerze cieszyłem się z jej sukcesów, a zarazem, aby pan de Bernis nie zakochał się w niej bez miary i pamięci.
Podczas kolacji godnej monarszego stołu pan poseł obsypywał moją C. C. komplementami, nadskakiwał jej, był tylko nią zajęty. Było przy stole wytwornie, niezmiernie przyzwoicie i ogromnie wesoło. M. M. miała wszystkie pozory osoby zadowolonej, że się jej zamierzone dzieło udało. Poseł był w siódmym niebie. Po pięciu godzinach najprzyjemniej spędzonych rozstaliśmy się niebawem po północy.
Byłem pewny, że poseł nie jest człowiekiem, który poprzestanie na admirowaniu pięknych oczu C. C., i że M. M. wtajemniczona jest w jego plany, które ona, właśnie ona, ma za zadanie wprowadzić w życie. Czułem, że C. C. wymyka mi się z rąk, że wpadłem w pułapkę. Lecz przyznam się, że cała ta intryga mocno mnie zajęła i żem z niecierpliwością czekał na dalszy jej przebieg.