Pan de Bernis, zachwycony spędzonym u mnie wieczorem, sam się zaprosił na podobną zabawę do M. M., do jej casina, obligując mnie i C. C., abyśmy raczyli też przybyć. Nie sposób było odmówić. Czułem, że drugi z kolei wieczór we czworo nie będzie miał tak przykładnego przebiegu jak kolacja w moim casinie, że z matematyczną ścisłością muszą nastąpić trudne do uniknięcia warianty...
Przybywszy na oznaczoną godzinę do casina M. M., zastałem obie moje przyjaciółki, grzejące się u kominka.
— Jak się macie, moje najdroższe, a gdzież jest nasz Francuz-galantuomo184?
— Nie ma go jeszcze, lecz patrzeć tylko, jak się ukaże.
Zdjąłem maskę, usiadłem między obie przyjaciółki i starałem się tak dzielić moje pocałunki, aby żadnej z nich krzywda się nie działa. Wiedziały dobrze, że mam równe prawa do jednej, jak do drugiej, pomimo to nie przekroczyłem granic najskrupulatniejszej rezerwy; dałem wyraz uciesze, iż widzę je w tak doskonałej z sobą harmonii, one zaś były widocznie zadowolone, iż nie potrzebują się jej wstydzić. Więcej niż godzina upłynęło nam na galanteriach i komplementach; byłem wciąż najprzykładniej powściągliwy; pociągała mnie bardziej ku sobie M. M., lecz za nic w świecie, dając jej preferans185, nie poważyłbym się mojej ukochanej C. C. urazić. Nagle i niespodziewanie — liścik od posła! Przeprasza, że przyjść nie może i błaga o takiż reunion186 na przyszły piątek, kiedy już na pewno będzie mógł w nim uczestniczyć. Spostrzegłem od razu, że C. C. spochmurniała i zesmutniała. Usiłowałem ją zręcznie wybadać, czy dla pana de Bernis nie żywi już przypadkiem uczucia wręcz graniczącego z miłością. Wykręciła się sianem, zapewniając, że tylko zawód, który spotkał jej przyjaciółkę, jest przyczyną jej złego humoru.
To mówiąc, jakby chciała M. M. pocieszyć, siada na jej kolanach, nazywając ją swoją żoneczką, i obie prześliczne dziewczątka zaczynają takimi osypywać się wzajemnie pieszczotami, iż tylko brać się za boki i konać ze śmiechu. Nie myślę im przeszkadzać; przeciwnie, zagrzewam je do coraz pełniejszego uraczania mnie widowiskiem, nie po raz pierwszy zresztą oglądanym. M. M. wzięła do ręki zeszyt z rycinami przedstawiającymi najrozkoszniejsze pozy i rzucając mi wymowne spojrzenie, spytała, czy nie byłoby dobrze kazać zapalić w sąsiednim pokoju o przestronnej alkowie. W mig przeniknąwszy jej myśl, odparłem, iż nie wyobrażam sobie pełniejszego szczęścia, jak zażywane we troje. Pokój sąsiedni nie miał żadnej komunikacji z potajemnym gabinetem, co oczywiście dawało najzupełniejszą rękojmię, że nasze trio niczyjego podglądania obawiać się nie potrzebuje. Po wesoło spożytej krótkiej kolacji przed palącym się kominkiem, gdy obie przecudnej piękności dzieweczki zaczęły, przekomarzając się uciesznie, porównywać swoje wdzięki, porozpinawszy sobie wzajemnie gorsety, rozłożyłem na stole L’Academie des Dames187 i rzuciłem myśl odtworzenia w żywym obrazie niektórych grup figurujących na ilustracjach tej niezrównanej książki. Propozycja moja została w lot przyjęta i we chwil kilka znaleźliśmy się we troje w alkowie sąsiedniego pokoju, na wspaniałym łożu, a w stroju, aby wyrazić się najdelikatniej: przyrodzonym człowiekowi, dans l’état de simple nature188. Początkowo, poprzestając na roli jedynie widza i świadka, napawałem się grą kontrastów bachantkujących189 ze sobą brunetki i blondynki, lecz rychło, niezdolny dłużej zapanować nad sobą, rzuciłem się między obie, kolejno to jedną, to drugą odwodząc prawie od przytomności z nadmiaru rozkoszy i miłosnych zapałów.
Wyczerpani, zasnęliśmy snem kamiennym. Zbudził nas zegar, wydzwaniający głośno godzinę czwartą. Mieliśmy jeszcze dwie godziny przed sobą, którycheśmy, wierz proszę, czytelniku, nie zmarnowali... Rozstaliśmy się o brzasku dnia, okrutnie pomęczeni i zawstydzeni, że mogło nas takie zmęczenie ogarnąć, lecz zarazem zadowoleni nad wszelki wyraz i niecierpliwi zaznać znowu podobnej uciechy.
Rozmyślając dnia następnego nad tym, co zaszło, czułem niedwuznaczne wyrzuty sumienia. M. M. kochała mnie, to nie mogło ulegać żadnej wątpliwości; unosił ją tylko temperament, była niewolnicą wybujałych zmysłów własnych i pilno jej było mieć we mnie współwinnego. Zmysły, rzecz była jasna, panowały nad jej sercem. Dochodziłem do wniosku, iż nieobecność posła była z góry ułożona. M. M. liczyła na to, że domyślę się... i dobrowolnie padnę w zastawione sidła.
Bądź co bądź jednak, zawdzięczałem panu posłowi noc wręcz nadzwyczajną i sama grzeczność nakazywała odwdzięczyć mu się podobną usługą. Co zaś do C. C., to rzeczą było aż nadto widoczną, iż M. M. robiła z nią, co zechce... Nieszczęsna dziewczyna była całkowicie w jej mocy i ja — ja właśnie! — przyłożyłem ręki do tego. Ciężkie westchnienie wyrywało mi się z piersi na przypomnienie, żem jej wcale a wcale nie oszczędzał podczas naszej ostatniej orgii — ani jednej, ani drugiej, niestety! I nuż teraz strzeli obu do głowy porzucić klasztor! Co pocznę z obiema? Stanowczo, nadmiar szczęścia... Embarras de richesse, doprawdy, niemający w sobie nic radosnego. Biłem się z myślami: iść na rendez-vous naszej czwórki, czy nie iść? Śmieszny będę, zachowując się jak poświęcony, a jeśli nie pójdę, to C. C. jest bezapelacyjnie zgubiona; tracę ją na zawsze i z naszego małżeństwa nic już być nie może. Trzeba było koniecznie dowiedzieć się czegoś pozytywnego. Wkładam maskę i idę do ambasady francuskiej. Powiadam szwajcarowi190, iż pragnąłbym wysłać do Wersalu pilny list przez wracającego tam specjalnego kuriera. Szwajcar mnie zapewnia, iż żaden kurier nie zbiera się jechać do Wersalu. „Jak to? — powiadam. — Wszak pan ambasador całą noc pracował”. — „Być może, tylko nie u siebie w domu. Jego Ekselencja jadł kolację u posła hiszpańskiego i wrócił do domu dopiero nad ranem”. Nie było żadnej wątpliwości. Kości rzucone...
W najfatalniejszym humorze napisałem do C. C., iż do casina na projektowaną kolację nie przyjdę. I nie poszedłem; spędziłem całą noc w klubie, grając zapamiętale. Nazajutrz dwa listy. C. C. donosi, iż we troje bawili się doskonale, zwłaszcza po ponczu i szampanie, że przyjaciel jej przyjaciółki był niezmiernie miły i wesoły, lecz że ani się umył... do mnie; że kocha mnie zawsze całym sercem i że wciąż jestem jedynym człowiekiem, do którego chciałaby i mogła należeć na życie całe. Uśmiałem się serdecznie, czytając taki list... Nie mniej niepospolity był list M. M.. Zgadła, iż był to z mojej strony rewanż, żem chciał uraczyć pana de Bernis tak rozkosznym wieczorem, jak ten, który mi pozwolił spędzić z M. M. i C. C. Pisała atoli, że żadne tria nie osłabią jej gorących uczuć dla mnie, że tylko przyjaźnią dopełnia miłość. Na końcu dawała mi rendez-vous w casinie weneckim, pragnąć mnie mieć wyłącznie dla siebie.