Przyszła w ubraniu męskim i poszliśmy wpierw na redutę. M. M., nadzwyczajna we wszystkim, była też wręcz nadzwyczajna w grze. Mieliśmy ja 800, ona 600 cekinów. Przegraliśmy wszystko co do grosza. Gdzieś na reducie, w miejscu tylko jej wiadomym, był pan de Bernis. Wzięła od niego 300 cekinów. I te prysły jak bańka mydlana. Podziwiałem moją towarzyszkę. Była w tak doskonałym humorze, jakby nie przegrała właśnie, lecz wygrała 12 000 franków. Co do mnie, byłem nieco chmurny. Usiłowała mnie zabawić szczegółową relacją o nocy spędzonej z posłem i C. C. w jej casinie; słuchałem z niesmakiem, czując, że to opowiadanie czyni mi M. M. mniej powabną i pożądaną, a dobry rycerz, gdy zwątpi w swe siły, niewiele czego dokonać potrafi. Na szczęście nie sprawdziła się ta reguła i wróciwszy do mego casina, spędziliśmy ze dwie godziny, nad wszelki wyraz upojne i godne nas... Przed rozstaniem się zobligowała mnie moja najdroższa, abym wziął z jej casina monety, ile mi będzie potrzeba. „Będę z tobą grać do końca, przez cały karnawał!” — rzekła. Uczyniłem zadość jej chęci. Wziąłem wszystko złoto, którem w jej casinie znalazł191 i zaczęło mi się szczęścić niepospolicie. Przez cały karnawał wygrywałem i wygrywałem. Kapitał mojej najdroższej zdublowałem.

W Wielki Poniedziałek (nie wypadało zwlekać dłużej), spędziliśmy wieczór i dobrą część nocy we czworo. Ja, stosownie do powziętego niezłomnego postanowienia, byłem tylko M. M. zajęty. C. C. widziała to dobrze i nie tracąc ani humoru, ani kontenansu192, też zdawała się widzieć tylko i jedynie nowego swego kochanka. Toteż poprosiłem M. M., aby jako gospodyni domu tak wszystko zarządziła, aby jedna para drugiej pary w niczym nie krępowała. Po kolacji pan de Bernis zaproponował partyjkę faraona193, którego obie panie nie znały, gdyż na redutach grano wyłącznie w basseta194. Wyłożywszy na stół 100 luidorów, poprowadził grę tak, iż całą sumę wygrała C. C. W ten sposób uważał za stosowne złożyć jej tradycyjną daninę „na szpilki”. Młodziutkie dziewczę dosłownie nie wiedziało, co począć z tak ogromną sumą; była jak olśniona. Jęła prosić przyjaciółkę, aby wzięła pieniądze w depozyt, aż do czasu, gdy będzie opuszczała klasztor, aby wyjść za mąż. Gdyśmy skończyli grać, M. M. zaczęła skarżyć się na ból głowy i wyraziła chęć pójścia do alkowy, aby tam się przespać, ja zaś miałem ją ukołysać. W ten sposób daliśmy nowej parze kochanków czas i możność pozostawania w upragnionym sam na sam. Gdy po sześciu godzinach nastawiony budzik oznajmił nam, iż czas zbliża się do rozstania, zastaliśmy oboje pogrążonych w uścisku. Co do mnie, spędziłem z M. M. noc niezmiernie przyjemną, nie pomyślawszy ani razu o C. C.

Wiedziałem dobrze, iż po tym, co zaszło między nią a posłem, mowy już być nie może o naszym małżeństwie, ponieważ jednak ode mnie zależało powstrzymać ją na brzegu przepaści, a tegom nie uczynił, poczytywałem sobie przeto za święty obowiązek być jej wiernym przyjacielem. Cała wina była po mojej stronie. Ja to sam dałem jej przykład zdradzania, ja, którym ją był przecie uwiódł; ja kazałem jej słuchać na ślepo przyjaciółki, wiedząc dobrze, iż jej rady i jej przykład zaprowadzą niedoświadczone dziewczę na najfatalniejsze manowce; ja to wyrządziłem jej najcięższą obrazę, na jaką wystawić można kochankę niepozbawioną delikatności uczuć i szczerze miłującą. O! Jakżebym mógł podzielać niesprawiedliwy sąd ludzki, wymagający od słabej kobiety więcej niż od mężczyzny!

Niedługo potem umarła matka C. C. i obie przyjaciółki, lokujące się dotychczas we wspólnym pokoju, rozłączono, co uniemożliwiło C. C. uczestniczenie w naszych zebraniach. Na domiar pan de Bernis otrzymał wiadomość, iż ma być lada dzień odwołany z Wenecji. Z góry uprzedzał, iż swoje casino zostawia do naszej dyspozycji, dopóki będziemy tego „gniazdka” potrzebowali. Mnie w opiekę oddawał obie panie, czyniąc szczegółowe dyspozycje co do M. M., jeśliby się miały normalne skutki miłości okazać.

Niebawem nastał dzień rozstania. Mieliśmy spędzić ostatni wieczór razem. Przybywszy atoli do casina w Murano, zastałem M. M. samą i we łzach tonącą. Przyjaciel jej był odjechał... Przez całą noc usiłowałem rozproszyć jej smutek, lecz nadaremnie. Przyszła do siebie dopiero w kilka dni potem, a miłość, którą żywiła dla mnie, rychło bardzo obudziła zwykłe pożądanie spędzania ze mną rozkosznych sam na sam. Sprawa atoli była niełatwa. Z klasztoru wykraść się było niezmiernie trudno; nie dowierzając żadnemu gondolierowi, sam przewoziłem ją do casina w zakupionej łodzi. Raz rozsrożyła się niebywała burza... O mało że nie spóźniliśmy się z powrotem do klasztoru, co by wywołało niesłychany skandal. Innym razem, podczas gdyśmy w casinie zażywali najsłodszego wywczasu, urwipołcie jacyś skradli mi gondolę z wybrzeża wyspy. Istnym cudem udało mi się jeszcze na czas odwieźć M. M. do klasztoru.

Lecz i te nasze, tak utrudnione schadzki miały się niebawem zakończyć. Okoliczności tak się złożyły, iż casino pana de Bernis musiało być sprzedane (całą kwotę otrzymała M. M., z wyraźnego zarządzenia posła); książki i ryciny (w sam raz... brewiarz dla kardynała!) zostały mu odesłane do Paryża i my zostaliśmy bez gniazdka. Mogliśmy tylko widywać się w klasztornym parlatorium, przez kratę. M. M. aczkolwiek hojnie przez pana de Bernis wyposażona w klejnoty, których sprzedaż zapewniała jej wcale nawet pokaźną, dożywotnią rentę, mizerniała i bladła. Formalnie gasła. Wyniszczały ją, wpędzały do grobu smutek, tęsknota, śmiertelna nuda. Pewnego dnia wręczyła mi wszystko, co posiadała, pieniądze, resztę klejnotów, książki, listy. „Jeżeli nie umrę — rzekła — wrócisz mi to wszystko; jeżeli umrę, niech to będzie twoją własnością”. Prosiła, abym do niej pisał, gdyż tylko jeszcze listy moje utrzymują ją przy życiu. Z twarzą zalaną łzami przystałem na wszystko. Kochałem ją namiętnie, głęboko. Postanowiłem, aby być bliżej niej, zamieszkać w Murano, dopóki jako tako nie przyjdzie do zdrowia. Wszystko, co mi dała — a wartość tego była bardzo znaczna — złożyłem jako depozyt w palazzo Bragadino. Laura wyszukała dla mnie ładne casino w Murano, a za gospodynię dała mi piętnastoletnią córeczkę swoją, Tonię.

Początkowo wcale nie zwróciłem na nią uwagi, ile że moja dusza przepełniona była po brzegi nieutulonym smutkiem. Po paru dniach spostrzegłem, że jest naprawdę bardzo a bardzo ładna i poczułem szczere zawstydzenie, przekonawszy się, jak dalece byłoby jej łatwo mnie pocieszyć. Lecz drogi był mi mój smutek i postanowiłem nawet oddalić od siebie wszystko, co by go mogło rozproszyć. Miałem, nie zwlekając, polecić Laurze, aby mi się postarała o inną dla mnie gospodynię. Cóż jednak najsilniejsze postanowienia pomogą wobec sofizmatów195, którymi ułomna ludzka natura zbić je usiłuje! Wmówiłem w siebie — bez trudu — że dziewczyna nie jest przecie temu winna, iż wywiera na mnie to lub owo wrażenie i że nie mam prawa za to jej wydalać. Tedy została.

Tymczasem zostałem jak piorunem rażony wiadomością, że M. M. jest umierająca. Byłem w desperacji, zalewałem się łzami, nie wychodziłem wcale z domu. Napisałem list do C. C., polecając jej powiedzieć przyjaciółce, że wykradnę ją z klasztoru natychmiast, gdy wróci do zdrowia. „Mam — pisałem — 4000 cekinów i resztę jej klejnotów, co wszystko razem stanowi kapitał, z którego procentów będziemy mogli żyć wygodnie w każdym zakątku Europy”. Otrzymałem od C. C. natychmiastową odpowiedź, że przyjaciółka jej wpadła po przeczytaniu mego listu w malignę196, w istne delirium. Przez trzy godziny głośno mówiła po francusku — na szczęście po francusku, gdyż to, co się jej z ust wymykało, byłoby rozpędziło na cztery wiatry pobożne zakonnice. Ogarnęła mnie okrutna rozpacz. Niewiele brakowało, abym się też nie położył do łóżka. M. M. majaczyła przez trzy dni i trzy noce, odzyskawszy zaś zmysły, poleciła przyjaciółce odpisać mi, iż sama myśl, iż ją wykradnę i na zawsze ją wezmę dla siebie, niezawodnie wróci jej zdrowie. Odpisałem, iż od realizacji tego planu moje własne życie zawisło. W ten sposób łudziliśmy się, ja i ona.

W tej rozterce uczuć i myśli przedziwnym ukojeniem była dla mnie naiwna prostota Toni, sypiającej w izbie przylegającej do mego pokoju i nieidącej spać za nic w świecie wpierw, zanim ja sam się położę. Tak przez ścianę z tym przemiłym dziewczęciem przeżyłem siedem tygodni. Tonia była nie tylko ładna, była najkompletniej piękna, mogłaby uchodzić za piękność w każdym kraju Europy. Usługiwała mi jak najpilniej, jak najczujniej; byłem jej za to nieskończenie wdzięczny; starałem się nie zwracać uwagi na jej powab i wdzięk. Niejedną noc przeczuwała przy mnie w fotelu, pielęgnując mnie jak matka, zawsze cierpliwa, zawsze słodka, zawsze niezmordowana. Nie pocałowałem jej ani razu; nie pozwoliłem sobie nigdy rozbierać się w jej obecności i ona też nigdy nie weszła do mego pokoju inaczej, jak najprzystojniej ubrana. Wszelako... czułem, że staczam wewnętrzną walkę i dumny byłem z odnoszonego zwycięstwa.

Nagłe wezwanie zmusiło mnie pewnego dnia udać się do Wenecji, do mego przyjaciela P. Miałem nocować za domem; złożyło się inaczej i późnym wieczorem wróciłem do Murano zmoczony do nitki, gdy deszcz lał jak z wiadra, a marna gondola była na wpół otwarta. Po ciemku wchodzę po schodach; pukam do drzwi sieni, gdzie Tonia, pewna, iż nie wrócę na noc, była się już spać położyła. Zbudzona, zrywa się i otwiera mi w koszuli, ze świecą w ręku.