— Wejdź — rzekłem — i zaświeć mi w pokoju.

— Ubiorę się!

— Nie trzeba, zarzuć cośkolwiek na siebie.

Usłuchała. Zapalając świecznik, spostrzega, iż stoję na środku pokoju jak zmokła kura, i nie może powstrzymać się od śmiechu.

— Drogie dziecko — powiadam — osusz mi tylko włosy. Sam nie potrafię.

Pobiegła po puder i zręcznie operując miotełką, jęła mi moją nieszczęsną koafiurę doprowadzać do porządku. Niestety, koszulę miała na sobie za szeroką u góry, a u dołu za krótką. Czyniłem sobie wyrzuty gorzkie, żem nie pozwolił jej ubrać się akuratnie, było atoli już po niewczasie. Czułem, że ginę... Obie ręce mając zajęte, nie mogła ukryć istnych jabłek z ogrodu Hesperyd197, wyzierających spod bielizny, a nieopisanie kuszących swymi świeżutkimi kształtami. Czyliż miałem zamknąć oczy? Nie gwałcąc tego, co przyrodzenie mi dało, jąłem zapuszczać spojrzenia coraz głębiej, wywołując tym na twarzy Toni coraz płomienniejsze rumieńce.

— Przytrzymaj — rzekłem — koszulkę ząbkami, wówczas nic nie zobaczę.

Lecz niestety, stała się rzecz jeszcze gorsza, gdyż zasłona była zbyt krótka i oczom moim ukazały się dwie kolumny, ku których wzrok mój sięgnął niemal fryzowi. Mimo woli krzyknąłem, nie mogąc opanować rozkosznego wzruszenia. Toni, nie wiedząc, jak i gdzie ma się schronić przed mymi pożądliwymi spojrzeniami, rzuciła się, niewiele myśląc, na kanapę; ja zerwałem się i stanąłem przed nią podniecony do niemożliwości, a niezdecydowany, co mam uczynić.

— Ubiorę się — rzekła — a potem pana ufryzuję.

— Broń Boże! — odparłem. — Usiądź mi na kolanach i zawiąż mi oczy.