Usłuchała. Lecz zaledwiem ją poczuł przy sobie, cały plan ślepej babki wziął w łeb, iskra zapaliła prochy, rzuciłem ją na moje łóżko, okryłem całą pocałunkami, osypałem wyznaniami wiecznej miłości, a z zarzucenia mi ramion na szyję odczułem doskonale, iż śliczna Tonia od dawna czekała z upragnieniem na taką chwilę.

Uszczknąłem różyczkę i — jak zwykle — wydała mi się piękniejsza nad wszystkie, którym kiedy zrywał po błoniach miłości. Budząc się nazajutrz rano, czułem, że śmiertelnie jestem w Toni rozmiłowany, że nigdy jeszcze żadnej nie kochałem tak silnie kobiety. Nie budząc mnie, była odeszła do swej izby i teraz, usłyszawszy, żem się poruszył, przyszła zajrzeć, czy czego nie potrzebuję. Wymawiałem jej serdecznie, iż nie czekała, aż ja sam przyjdę powiedzieć jej dzień dobry. Za całą odpowiedź podała mi list M. M. Położyłem go na stronie i wziąłem Tonię w objęcia.

— Jak to! — zawołała. — Co za cud się stał! Niepilno panu ten list przeczytać? Człowieku zmienny i niestały, czemuś nie pozwolił mi wyleczyć się sześć tygodni temu! Ale to nic... Teraz ja szczęśliwa, szczęśliwa, szczęśliwa... Błogosławiony ten deszcz wczorajszy! Drogi, kochany, kochaj mnie tylko tak, jak tę kobietę, do której co dzień pisujesz, a już niczego braknąć mi nie będzie.

— A wiesz ty, kto ona?

— Po co mi wiedzieć? Ty bądź moim panem i władcą, niczego więcej nie pragnę.

Nie uważałem za potrzebne wdawać się w eksplikacje. Zapewniłem ją, iż kochać jej nie przestanę do końca życia. Wyrywała się; chciałem ją zatrzymać — nadaremnie. Uciekła, tłumacząc, iż musi sporządzić mi obiad tak pyszny, tak pyszny... jak noc ze mną spędzona. Byłem zachwycony i zdumiony. Skąd w takiej dziewczynce tyle uczucia, delikatności, wdzięku! To już nie lękliwa Tonia z dni poprzednich; tryumfuje; szczęście ją tak przeobraziło; jakie zadowolenie maluje się jej na twarzy, jaśniejącej jak zorza poranna! Pojąć nie mogłem mojej dotychczasowej względem niej obojętności.

List M. M. wydał mi się mniej interesujący niż zazwyczaj, aczkolwiek był aż nadto czuły. Pierwszy też raz odpisywanie nie szło mi gładko i swobodnie... Z przemiłą Tonią przeżyłem uroczych dni dwadzieścia dwa, może najcudniejszych w całym moim życiu. Dziś najnieznośniejsze może dla mnie jest to, iż posiadając serce pełne jeszcze ognia, a sił, z racji lat tylu rzuconych za siebie, mniej, znacznie mniej niż dawniej, nie mam już przed sobą ani jednego takiego dnia jak te, którem przeżył z tą czarującą dziewczyną.

W końcu kwietnia widziałem się z M. M. — przez kratę. Powitała mnie ogromnie serdecznie: blada, wymizerowana, zmieniona. Przeniosłem się z Murano na powrót do Wenecji, wciąż zapewniając, iż o wykradzeniu jej myślę bez ustanku i wypracowuję plan. Casino własne wciąż miałem w Wenecji. M. M. mogła mnie odwiedzać tylko dwa razy na tydzień; częstszym gościem w moim casinie bywała Tonia. Ten podwójny stosunek nie mógł długo pozostawać tajemnicą. Zwierzyłem się mojej niezrównanej M. M. Nie wzięła mi za złe stosunku z Tonią. Szczerze interesowała się każdym jego szczegółem. Była to w moim życiu epoka najszczęśliwsza. Wiodło mi się we wszystkim. Miałem w bród kobiet i pieniędzy. Każdy z nas ma w życiu taki jeden najszczęśliwszy, złoty okres. Po nim nastaje zazwyczaj szereg, jeżeli nie dni, to lat gorszych albo zgoła niepomyślnych — we wszystkim. Tak też musiało być i ze mną. Szczęście w grze opuściło mnie z kretesem. Ponieważ grałem z M. M. w motii198, nie mogłem zataić przed nią opłakanego już stanu moich funduszów. Sprzedało się klejnoty... I te stopniały. M. M. zatrzymała dla siebie tylko 500 cekinów. Rzecz prosta, że o ucieczce z klasztoru, o kosztownej, bądź co bądź, imprezie mowy już teraz być nie mogło. Czekałem na powrót szczęścia, oskubując to tu, to tam drobnych graczów.

Angielski rezydent-minister Murray199, który użyczył mi swego casina dla schadzki z pewną znamienitą kurtyzaną200, zaprosił się pewnego razu do mego casina. Chętniem się mu odwzajemnił, lecz nie zupełnie. Tonia była zachwycająca, wesoła, nad wyraz uprzejma, lecz ściśle w granicach najskrupulatniejszej przyzwoitości. Nazajutrz otrzymałem od pana posła list następującej treści: „Jestem w pańskiej Toni śmiertelnie zakochany. Jeżelibyś Pan zgodził się mi ją odstąpić, oto cobym dla niej uczynił. Dam jej na własność kompletnie umeblowane mieszkanie, pod warunkiem, że będę używał praw kochanka en règle201. Dam jej służącą, kucharkę i dawać będę po 30 cekinów miesięcznie na stół, na dwie osoby, oprócz win, których sam będę dostarczał. Po roku pożycia ze mną otrzyma dożywotnią rentę wynoszącą 200 talarów202. Czekać będę osiem dni na twoją odpowiedź, drogi przyjacielu”. Odpisałem natychmiast, że za dni trzy będę mógł donieść mu, co na to powie matka Toni, bez której zgody sprawy nie da się ubić. Zresztą — dodałem — zdaje mi się, że dziewczyna jest w odmiennym stanie. Dla Toni propozycja angielskiego ambasadora miała bardzo doniosłe znaczenie. Kochałem ją... jużci, że kochałem... lecz wiedziałem dobrze, że wieki z nią żyć nie będę, a przede wszystkim, że nie mógłbym nigdy takiego jej losu zapewnić, jak gwarantowany przez angielskiego magnata. Szczerze i otwarcie rozmówiłem się z nią.

— Więc chcesz mnie porzucić? — rzekła ze łzami w oczach.