Tonię zabrał Murray. Pocieszała mnie po jej stracie siostrzyczka jej, Barberina, lecz i z tą się niebawem rozstałem. Po pewnym czasie, właśnie, kiedym zaczynał gustować w pewnej prześlicznej młodej damie, wypadło mi odwiedzić M. M. Oznajmiła mi, że ojciec C. C. umarł i że opuściła klasztor, aby poślubić pewnego adwokata. M. M. doręczyła mi jej list. Jeżelibym — pisała C. C. — trwał w zamiarze ją poślubić, to da kosza swemu adwokatowi i wyjdzie za mnie jak najchętniej... Poprosiłem jej powiedzieć, że obecnie nie mam ani posady, ani stanowiska, że przeto sam radzę najserdeczniej nie odrzucać bardzo dobrej partii. Pomimo tego rodzaju pożegnania C. C. zdecydowała się poślubić swego adwokata dopiero wówczas, kiedy po mojej ucieczce z więzienia pod ołowianymi dachami nikt już nie mógł mieć najlżejszej nawet nadziei, iż kiedykolwiek wrócę do Wenecji. Spotkałem się z nią dopiero po dziewiętnastu latach. Nieszczęśliwą była i wdową. Jeślibym teraz był w Wenecji, nie poślubiłbym jej jużci, gdyż brać żonę w moim wieku byłoby wręcz bezczelnością, lecz podzieliłbym się z nią wszystkim, co posiadam, i żył bym z nią jak z tkliwie miłowaną siostrą.

*

Niedługo potem otrzymałem anonimowy list, ostrzegający mnie przed grożącym mi niebezpieczeństwem. Nie zwróciłem nań uwagi, a list mówił prawdę. Od dawna już śledził mnie szpieg Inkwizycji Państwowej. Znalazł u mnie książkę traktującą o magii. Niejaka pani Memino wniosła skargę, iż obu jej synów deprawuję, wpajając w nich zasady ateizmu, zaś jakiś dobrze opłacony denuncjant zeznał i świadków stawiał, iż w diabła nie wierzę. Sprawa przeszła w ręce pierwszego państwowego inkwizytora, dobrego mego przyjaciela, któremu przypadło w udziale aresztować mnie jako burzyciela porządku publicznego i spokoju. Dolało oliwy do ognia aż trzech najzacniejszych w świecie obywateli, którzy pod przysięgą zeznali, iż przegrywając w karty, nigdym w życiu nie zaklął, osypując diabła wyzwiskami, czego przecie nie omieszka uczynić żaden wierzący, prawomyślny katolik. Byłem przy tym oskarżony o jadanie wyłącznie mięsa, o bywanie na nabożeństwach wyłącznie wielkoświatowych i wystawnych, tudzież rzucono na mnie bardzo daleko idące podejrzenie, iż należę do masonów. Na domiar, ponieważ mieszkałem kolejno u trzech wybitnych patrycjuszów i byłem częstym gościem u zagranicznych ambasadorów, wyprowadzono stąd wniosek, że posłom zagranicznym sprzedaję za grube pieniądze tajemnice państwowe, wyłudzone podstępnie od owych weneckich patrycjuszów.

Rzucono mnie do najokropniejszego z więzień świata, do więzienia nad pałacem dożów, pod tak zwane dachy ołowiane. Przebyłem tam miesiące całe i byłbym tam życia dokonał, gdy by nie odważne wzięcie się za bary z niegodziwym losem. Z nieopisanym trudem i narażając się na niesłychane niebezpieczeństwa — uciekłem.

Uciekłem nie tylko z więzienia, lecz i z ojczyzny, i od tej daty tułam się po świecie, z kraju do kraju, z miasta do miasta, często opływając w dostatki, przepych i świetność, rzucając złoto garściami jak Krezus203, lecz zmuszony często zdobywać je podstępem lub nawet wręcz sposobem, którego z czystym sumieniem nie dałoby się nazwać uczciwym.

Ucieczka

Słynna swojego czasu na świat cały ucieczka Casanovy z weneckiego więzienia zajmuje w jego pamiętnikach miejsca sporo. Da o niej wystarczające wyobrażenie relacja streszczona. Ujęcie Casanovy przez samego messer-grande na czele czterdziestu żołdaków, a z rozkazu Wysokiego Trybunału Św. Inkwizycji, nastąpiło w nocy z dnia 25 na 26 lipca 1755 roku. Aresztowano go we własnym jego mieszkaniu, gdzie dokonano skrupulatnej rewizji; zabrano mu wszystkie książki i rękopisy.

Co było powodem zastosowania tak ostrych środków względem Casanovy? Jak się już napomknęło, podejrzany był o konszachty polityczne z ambasadorami obcych potencji204 rezydującymi w Wenecji, o praktyki czarnoksięskie, o należenie do masonów, o szerzenie ateizmu, o zakłócanie spokoju i porządku publicznego, o prowadzenie trybu życia nazbyt już niezgodnego z przepisami nawet wyrozumiałej moralności. Nieprzyjaciół miał sporo; denuncjacje były wówczas w Wenecji na porządku dziennym.

Internowano Casanovę w więzieniu dla przestępców politycznych — „Pod ołowiami”. Były to faktycznie strychy pałacu dożów, rozciągające się bezpośrednio pod krytym ołowiem dachem gmachu; stąd nazwa I Piombi. Dziś jeszcze zwiedzają to słynne więzienie turyści. Główną dolegliwość pobytu „Pod ołowiami”, to jest pod ołowianymi blachami, którymi kryty jest pałac dożów, stanowiło szalone — podczas letnich miesięcy — gorąco. Poza tym słynne więzienie nie różniło się niczym od najzwyklejszych. Cela, którą zajmował Casanova, była niska i szczupła, lecz régime205 więzienny nie był bynajmniej „okrutny”: wolno było więźniowi sprowadzać jadło z miasta i wymieniać książki ze współwięźniami, dość często pozwalano więźniom wychodzić na krótką przechadzkę po korytarzu lub po niewchodzących właściwie w obręb więzienia ubikacjach206 na poddaszu. Cela, którą zajmował Casanova, znajdowała się bezpośrednio nad salą, gdzie Rada Dziesięciu zgromadzała się na najpoufniejsze konferencje nocą, po głównym, urzędowym posiedzeniu.

Przebył Casanova w więzieniu od dnia 26 lipca 1755 r. do Wszystkich Świętych roku następnego, 1756. Uciekał w nocy z dnia 1 listopada na Dzień Zaduszny, obrawszy rozmyślnie tę właśnie porę, kiedy żadne sesje w pałacu dożów się nie odbywały, a nawet czujność straży musiała nie być osobliwie wytężona.