Wtrąćmy nawiasem, że Św. Inkwizycja Państwowa miała w swym rozporządzeniu w ówczesnej Wenecji oprócz „Ołowiów” i tzw. „Czwartaka” jeszcze jedno więzienie, faktycznie najokropniejsze, mianowicie tzw. „Studnie” o 19 celach. Były to podziemia pałacu dożów. Wrzucano do nich przestępców skazanych na śmierć i „ułaskawionych” na więzienie dożywotnie. Były to istne groby. Wypełniała je na dwie stopy woda morska, przedostając się do cel przez okienko zakratowane wespół z resztkami światła dziennego. Więzień, unikający nieustannego moknięcia w słonej wodzie (a zimą mocno chłodnej), właził na rodzaj pomostu, na tapczan górujący nad wodą i na nim sypiał i jadał. Dawano mu zupę oraz wodę i chleb. Chleb trzeba było spożywać natychmiast, gdyż inaczej chwytały go ogromne szczury morskie, plądrujące nieustannie po „Studniach”. I pomimo tych okropnych warunków, więźniowie przesiadywali w owych „Studniach” dziesiątki lat... Mocne jest i twarde życie ludzkie!

Casanova pod swymi „Ołowiami” był przeto w sytuacji o wiele pomyślniejszej niż jego towarzysze niedoli tam z antypodów, to jest z pałacowych „studzien”. Nieraz mu to też na myśl przychodziło.

*

Wartownik Wawrzyniec, człek równie niskiej kondycji, jak poziomych207 instynktów, był raczej sługą Casanovy niż stróżem. Hojnie go też więzień obdarzał z sum otrzymywanych od rządu na wikt. Wawrzyniec posprowadzał Casanovie z miasta do celi najniezbędniejsze meble i dostarczał wiktuałów, rozumie się, po cenie dalekiej od rynkowej lub restauracyjnej normy. Pomimo tych „wygód” piekielne gorąco robiło swoje. „Zalewałem się potem — pisze Casanova — do tego stopnia, iż po obu stronach fotela, na którym siadywałem zupełnie nagi, podłoga była zwilżona strumieniami mego potu”. Po paru miesiącach takiego régime’u zapadł na dokuczliwą gorączkę. Lekarz więzienny zalecił przeniesienie chorego do sąsiedniej ubikacji, o wiele mniej wystawionej na okrutną operację słoneczną. Rychło też niezmiernie silna organizacja Casanovy przystosowała się do „warunków lokalnych”. Wyzdrowiał, a wróciwszy do celi, borykał się już tylko z nudą i robactwem. Nieznośne było też tykanie i bicie ogromnego zegara kościelnego (św. Marka), rozlegające się nieustannie „Pod ołowiami”, lecz i do tego przyzwyczaił się powoli Casanova. Przeżył też w celi więziennej trzęsienie ziemi, które, tylko zawadziwszy o Wenecję, zburzyło wówczas niemal całą Lizbonę.

Od pierwszej zaś chwili pozostania sam na sam z refleksjami więziennymi przemyśliwał o ucieczce.

Sprawę skomplikowało danie Casanovie współlokatora. Ów socius doloris208 był to młody stangret, w którym za bardzo gustowała ognistego temperamentu sama jaśnie oświecona hrabianka. Gdy romans wyszedł na jaw dzięki stanowi, w jakim się znalazła, surowy rodzic jej, hrabia, oddał „zuchwałego” stangreta w ręce Św. Inkwizycji, która go wzięła pod klucz. Nie było to w ścisłym rozumieniu przestępstwo „polityczne”, lecz widocznie nie chciano sobie łamać głowy nad tą kwestią formalną i młodzieńca, bardzo zacnego, potulnego i rozkochanego, godnego niewątpliwie lepszego losu, rzucono między więźniów stanu. Bywało tak nie tylko w Wenecji... Ową ofiarę zbyt daleko zaszłych zapałów miłosnych rychło Casanovie odjęto i przeniesiono do tzw. „Czwartaka”. Tam nieszczęsny Maggiorino przebył lat pięć, po czym przetranslokowano go do Cerigo, na lat dziesięć, jak informuje Casanova, który się młodzieńcem szczerze interesował.

Używając przechadzki poza swoją celą, po rodzaju lamusa, gdzie zrzucano bezładnie najrozmaitsze rozmaitości „niepotrzebne”, spostrzegł Casanova walającą się tafelkę marmurową i zabrawszy ją do celi, ukrył między bieliznę. Innego dnia znalazł rygiel, stary, zardzewiały, żelazny, walający się rygiel. Zabrał go też do celi i przekonał się ku niemałej swej radości, że tafelką marmurową da się powoli, lecz najwyborniej, jakby osełką, wytoczyć i zaostrzyć to marne na pozór żelastwo. Nigdzie się tak czas nie dłuży, jak w więzieniu... Casanova ani się spostrzegł, jak operując zręcznie a wytrwale swoją tafelką i swym ryglem, doszedł do posiadania narzędzia, mającego w danych okolicznościach wartość wprost bezcenną. Wytoczyłem sobie — pisze — coś w rodzaju ośmiokątnego sztyletu o wystarczającej długości. Ostry był, mocny, długi. Postanowiłem zrobić nim otwór w posadzce mej celi, pod łóżkiem, torując sobie w ten sposób ucieczkę.

Zanim jednak Casanova mógł przystąpić do dzieła, uraczono go nowym towarzyszem. Tym razem był to po prostu oszust, najordynarniejszy złodziej. Na szczęście opamiętano się dość rychło, że nic z „politycznymi” nie może mieć wspólnego i Casanova znowu został sam. Niezwłocznie zajął się odwróceniem od swej celi wszelkiego sprzątania. W tym celu rozciął sobie palec i krwią zbryzgał chustkę. W nad wyraz tępego Wawrzyńca nietrudno było wmówić, że oto są skutki podnoszenia tumanów kurzu! Krwotok płucny! Przestraszony Wawrzyniec dał raz na zawsze spokój sprzątaniu. Nastały miesiące zimowe, a z nimi 19 godzin na dobę zupełnej ciemności. Casanova sporządza sobie kagańczyk i pali oliwą, którą mu Wawrzyniec przynosi do sałaty. I pracuje gorliwie, po sześć godzin z rzędu, rozłupując na drzazgi dyle podłogi, podważając płyty, rozkruszając skamieniałe wapno... Drzazgi i wszelkie ułamki zgarnia do chustki i wychodząc na zwykłą przechadzkę, wynosi do lamusa. Najcięższa była sprawa z przebiciem warstwy cementu, zmieszanego z drobno tłuczonym marmurkiem (terrazzo marmorino). Lecz i temu podołał zaimprowizowany instrument, oddający Casanovie znakomite usługi.

Oczywiście nie obeszło się bez popłochów i zawisań całej imprezy na włosku. Najgorsze było uraczanie Casanovy raz po razu współtowarzyszem więziennym, co oczywiście przerywało robotę. Tak np. popasał w celi Casanovy przez dwa blisko miesiące niejaki Gabriel Schalon, Żyd, uprawiający zawodowo lichwę oraz deprawowanie tzw. „złotych młodzieńców”. Znowu nie „polityczny”... lecz widocznie w Wenecji dożów więcej było miejsca w więzieniach dla przestępców „stanu” niż dla ordynarnych opryszków, tedy choć prowizorycznie sadzano tych ostatnich tam, gdzie nie dla nich było miejsce. Nareszcie jednak trafił „Pod ołowie” ktoś mający po temu niezaprzeczone kwalifikacje. Pięknego poranku zalokowano w celi Casanovy hrabiego Fenarolo, niezmiernie zamożnego wielkoświatowca, ofiarę intryg wiedeńskich, o których długo by rozpowiadać. Wiedząc, z kim ma do czynienia, Casanova nie ukrywał się przed nim wcale, wtajemniczył go w swoją robotę i miał w nim najmilszego towarzysza niedoli przez całych osiem dni, gdyż nie dłużej trwało nieporozumienie, któremu hrabia zawdzięczał swoje uwięzienie.

Gdy brakło dla ostatecznego przebicia otworu tylko już może paru godzin pracy — nastąpiła katastrofa. W drodze łaski przeniesiono Casanovę do innej, przestronniejszej celi... Nawet z prześlicznym widokiem przez zakratowane okno, aż po Lido. Nawet z miłym, świeżym zefirem, łagodzącym przez to okno nieznośny skwar. Ale było tam Casanovie do prześlicznych widoków i orzeźwiających zefirów! „Dusza moja — pisze — zostawała tam, w tej okropnej mojej celi, z gotową, wspaniałą dziurą w podłodze pod łóżkiem”.