— Po ostrzyżeniu nam brody — rzekłem — wyjdziemy na dach pałacowy, z dachu spuścimy się na plac św. Marka i udamy się do Niemiec”.
Łatwo sobie wyobrazić minę Soradaciego na widok wypadającej z pułapu deski i spadającego do celi przez otwór w suficie — mnicha. Casanova nie dał opamiętać się Soradaciemu. W kilka chwil spadły dwie brody, a przez otwór w ścianie dostano się do starego hrabiego. Ten zrezygnował z ucieczki, nie czuł się na siłach peregrynować211 po dachach, osobliwie nocą. Casanova przeto i Balbi — a przy pomocy Soradaciego, któremu trzeba było wreszcie powiedzieć prawdę i wyznać, że się go rozmyślnie wystrychnęło na dudka, lecz uszczęśliwionego, że z więzienia ucieka — Casanova tedy i Balbi, i Soradaci robią liny z prześcieradeł i sienników, pakują w zawiniątka coś nie coś z ubrań na zmianę, potem zaś w rogu lamusa przebijają otwór w suficie, podważają jedną z ołowianych blach dachu i Casanova z nieopisaną rozkoszą wytyka głowę na przepiękną, pogodną, orzeźwiającą noc księżycową. Wylazłszy na dach, ma pod sobą plac św. Marka, rojący się tłumem, używającym w noc miesięczną212 ulubionej przechadzki. Nie sposób w noc tak jasną, wobec tłumów ludzi peregrynować po dachu pałacu dożów! Cienie niezwykłych „turystów” padałyby na plac i zwróciłyby oczy wszystkich na ową niepowszednią wędrówkę. Trzeba czekać, czekać zniknięcia z nieba księżyca i opróżnienia się placu.
Miedzy zajściem księżyca a wschodem słońca było bitych siedem godzin zupełnej ciemności. Zaledwie opanowała niebo i ziemię, Casanova i Balbi wyszli na dach. Soradaci w ostatniej chwili stchórzył i wolał zostać. Pomagając sobie zaostrzonym ryglem oraz rękami, obaj zbiegowie dostali się na grzbiet dachu. Podczas pełznięcia po wystarczająco stromej pochyłości mnich wypuścił z rąk paczkę ze swymi osobistymi manatkami, a gdy usiedli okrakiem na dachu, wiatr zwiał mu kapelusz...
Casanova, przykazawszy Balbiemu, aby się nie ruszał z miejsca, udaje się na zwiady, posuwając się okrakiem po grzbiecie dachu. Mowy nie ma o spuszczeniu się w stronę kanału... ani na dziedzińce pałacowe... ani na dachy i kopuły kościelne... a przede wszystkim nie ma do czego przytwierdzić powiązanych prześcieradeł. Po dłuższym rozglądaniu się po wszystkich zakątkach Casanova spostrzega poniżej dachu, pod okapem, nieduże okienko, widocznie oświetlające jakiś niezamieszkały zakamarek. A jeżeliby i było to okno jakiejś izby zamieszkiwanej przez kogoś ze służby, istniała niezbita pewność, że zbiegów więziennych nikt ze służby pałacowej nie zdradzi i nie wyda, tak inkwizytorowie byli powszechnie nienawidzeni. Tedy... do tego okienka! Lecz jak się doń dostać? Casanova, czepiając się spojeń blach, zsuwa się z grzbietu dachu na zrąb dachu, kładzie się na brzuch i z głową zwisającą nad przepaścią, jedną ręką, przy pomocy swego ryglowego instrumentu, podważa lekką kratę okienka, opiera ją o framugę, a potem, kalecząc sobie dość dotkliwie rękę, rozbija szyby. Wówczas iście nadludzkim wysiłkiem wspina się z powrotem na grzbiet dachu i znowu, posuwając się okrakiem po nim, wraca do Balbiego.
Pomagając sobie moim nieocenionym narzędziem — opowiada — według metody poprzednio już zastosowanej, wlazłem z powrotem na grzbiet dachu i dotarłem do miejsca, gdziem był zostawił mego towarzysza. Zastałem go wściekłego i zrozpaczonego. Osypał mnie gradem wyzwisk, żem go tak długo zostawił samego. Zapewniał mnie, że czekał tylko świtu, aby wrócić do więzienia.
— Cóżeś pan myślał, że się ze mną stało?
— Żeś pan gdzieś runął w dół głową.
— I wymyślając mi od ostatnich, dajesz pan folgę radości, że widzisz mnie żywego i całego?
— Cóżeś pan tam robił tak długo?
— Idź pan za mną, a zobaczysz.