Ku okienku znalazła się inna droga, nie tak karkołomna, jak ta, którą był przebył Casanova — lecz jak się do wnętrza zakamarka czy izby, czy mieszkania (oczywiście: pustego) dostać? Traf i tym razem rzecz rozstrzygnął. Znalazła się gdzieś drabina oparta o komin. Zbiegowie z nieopisanym trudem zdołali ją wpuścić z dachu w okienko tak, iż po kolei jeden za drugim dostali się do wnętrza. Z pustej tej izby wiodły ciężkie niezamknięte drzwi do jakiejś dużej sali z ogromnym stołem w po środku, otoczonym fotelami. Ciemności egipskie nie pozwalały zorientować się, co to być może za sala. Wracają tedy Casanova i Balbi do izdebki i tam Casanova, znużony nadludzką fatygą, pada na ziemię i zasypia kamiennym snem. Balbi może go dobudzić się z niemałym trudem dopiero około piątej godziny nad ranem. Przy świetle dziennym okazuje się, że wielka sala ze stołem w pośrodku jest jedną z ubikacji ogromnego archiwum pałacu dożów — dokąd oczywiście mało kto kiedy zaziera. Zbiegowie po kręconych schodkach schodzą do sali położonej o piętro niżej, a z niej przedostają się do znanej dobrze Casanovie kancelarii doży. Zamknięta szczelnie dokoła. O wydostaniu się przez okno na istny labirynt dziedzińczyków i podwórzy, otaczających kościół św. Marka, ani myśleć! Trzeba tedy zabrać się do masywnych podwoi i przebić je. Udaje się uczynić w nich dość szeroki otwór, głównie przy pomocy znalezionego w kancelarii mocnego instrumentu do dziurawienia zwojów pergaminu; wyłażąc, Casanova drze sobie na strzępy odzienie i okrwawia się, jakby go ze skóry odzierano, lecz oto schody, oto drzwi niezamknięte, oto sala jeszcze jedna i... i drzwi potężne, ogromne, które by nie inaczej, jak tylko wystrzał armatni mógł wysadzić.

— Tu już kres tego, com ja mógł uczynić — powiada filozoficznie Casanova. — Teraz kolejna Pana Boga i na Fortunę. Niech dokonają reszty.

I zabiera się najspokojniej do zatamowania bandażami krwi, sączącej się obficie z formalnych ran, wdziewa zabrane ze sobą z celi więziennej odświętne szaty, doprowadza włosy do jakiego takiego porządku; rzuca w kąt wszystko, co z siebie zdjął, wkłada na głowę kapelusz z zamaszystym białym piórem i tak wysztafirowany wyziera oknem na wielkie podwórze pałacu dożów. Nie było, jako w dzień świąteczny, zamiataczy, lecz jeden z woźnych, spostrzegłszy natychmiast jakiegoś wielmożę wyglądającego z okna sali, struchlał. Pewny był, że przypadkiem zamknął w sali którego z członków jakiegoś najprześwietniejszego kolegium. Pędzi tedy, co sił starczy, na schody, dopada do drzwi sali, odmyka... a w tej chwili wypadają mu mimo nosa Casanova i Balbina na schody i zanim zacny cerber213 zdołał się opamiętać, już są w galerii prowadzącej ku tak zwanym Schodom Olbrzymów, po których schodzą bez zbytniego już pośpiechu na pałacowe podwórze i mkną przez nie ku głównemu wyjściu. Już je mają za sobą... już są na Piacecie (Piazetta) i w gondoli.

— Szybko! Szybko! Dwóch ramiarzy... Do Fusine!

Gondola w lot odbija od brzegu — opowiada Casanova — rzucam się na poduszki, Balbi siada na ławce, bez kapelusza, w bogatym płaszczu. Ja zaś w letnim moim ubraniu, w kapeluszu wytwornym wyglądam na szarlatana lub astrologa. Zaledwieśmy minęli komorę celną i wpłynęli na wody Giudecci, skąd droga prowadzi albo do Fusine, albo do Mestre, rozkazuję gondolierom płynąć... do Mestre. Oczywiście, chodziło o zmylenie ewentualnego pościgu. Gdyśmy mieli kanał za sobą, nigdy mi się on jeszcze nie wydał tak piękny, osobliwie, że jak okiem sięgnąć nie widać było ani jednej ścigającej nas łodzi. Ranek był cudny, powietrze przedziwnie świeże i czyste, gondola leciała jak ptak.

Przybyliśmy szczęśliwie do Mestre, a stamtąd na wózku w niespełna dwie godziny do Treviso. Byliśmy ocaleni! Wolni! Świat stał znowu przede mną otworem.

W Warszawie

Przez Rygę, Królewiec jechał Casanova do Warszawy z Petersburga, gdzie zestosunkowany z wieloma magnatami, bywał u dworu i niejedną miał rozmowę z imperatorową Katarzyną Drugą.

W Warszawie stanąłem kwaterą u Campioniego, prowadzącego szkołę tańca, i nie tracąc chwili, zaraz nazajutrz pośpieszyłem poroznosić listy z rekomendacjami otrzymane w Petersburgu. Pierwszą wizytę złożyłem księciu Adamowi Czartoryskiemu214. Zastałem go otoczonego co najmniej czterdziestoma osobami. Odczytawszy list, który mu doręczyłem, zaprosił mnie na kolację. Tegoż dnia byłem u paryskiego ambasadora Polski, u hrabiego Sułkowskiego, męża wielkiej nauki, dyplomaty, dającego siebie unosić szerokim planom. Bardzo się ze mnie ucieszył i mając mi wiele, jak zapowiadał, do powiedzenia, zatrzymał mnie na obiad. Spożyliśmy go sam na sam, a trwał bitych godzin cztery. Nudziłem się śmiertelnie, formalnie przez hrabiego egzaminowany, jak żak szkolny. Polityka była mu nad wszystko, przepadał za polityką. Swoją drogą, pośpieszyłem na wieczór do księcia Adama, aby gruntownie zapomnieć o elukubracjach215 politycznych zawołanego dyplomaty. U księcia zastałem duże towarzystwo: byli i biskupi, i generałowie, i ministrowie, był wojewoda wileński i wreszcie sam król, któremu przez księcia byłem prezentowany. Jego Królewska Mość wypytywał mnie szczegółowo o cesarzową Katarzynę i o najwybitniejsze persony jej dworu. Miałem szczęście służyć królowi detalami, które widocznie go zajęły. Przy kolacji posadzono mnie po prawej ręce monarchy; wciąż się do mnie zwracał; byliśmy może jedni u stołu, którzyśmy potraw nie tknęli. Król polski niewysokiego wzrostu, lecz bardzo kształtny, twarz ma pełną wyrazu; mówi płynnie i pięknie, błyskając dowcipem i niepospolitymi zwrotami. Nazajutrz książę Adam zaprowadził mnie do potężnego ruskiego wojewody216. Zastałem tego słynnego męża w otoczeniu panów w strojach narodowych, w długich butach, w krótkich spencerach (en petits jastaucorps!); mieli głowy i wąsy (!) zgolone. On to z bratem, wielkim kanclerzem litewskim, przyczynili się w największej mierze do osadzenia na tronie polskim Stanisława Augusta.

Nie minęło trzy miesiące, a dostawcy warszawscy zaczęli mi ze wszech stron nadsyłać swoje oferty. Trudno mi było z nich korzystać, nie mając grosza przy duszy. Los atoli łaskawy czuwał nade mną. Niejaki Schmidt, nie wiedzieć dlaczego kwaterujący z łaski króla darmo na zamku, zaprosił mnie do siebie. Był król, był zawsze uprzedzająco uprzejmy biskup Krasicki217, był l’abbe Gigiotti i trzy, cztery jeszcze osoby, biegłe jako tako w literaturze włoskiej. Król, zawsze w doskonałym humorze, gdy widział dokoła siebie liczniejszą socjetę, a znający klasyków lepiej niż jakikolwiek kiedy król na świecie, cytował i cytował zarówno poetów, jak prozaików rzymskich. Zdumiony, otwierałem szeroko oczy, osobliwie gdy król jął przytaczać teksty z rękopisów, które niechby nawet tylko istniały w wyobraźni Jego Królewskiej Mości... Nie odzywałem się wcale, a jadłem za trzech z przytoczonych wyżej racji. Rozmowa zeszła na Horacego; emulowano218 w cytowaniu najrozmaitszych sentencji nieśmiertelnego poety. Wszyscy jednozgodnie aprobowali jego filozofię. Zagadnięty przez abbé Gigiottiego, rozwiodłem się o „Augustach”219 i o ich pochlebcach, a mimochodem zawadziłem o króla szwedzkiego.