Dnia 20 lutego jest Branicki na operze i zjawia się nagle i niespodziewanie w loży panny Catai. Ona sama i będący w loży Tomatis przekonani są, że szambelan226 zerwał z Binetti. Jakoż, wychodząc, podaje ramię artystce. Tomatis idzie za nimi. Branicki siada z Catai do powozu Tomatisa i krzyczy mu: „Siadaj waść do innego powozu!”. Temu wyrywa się, że zwykł jeździć tylko we własnym powozie. Branicki woła na powóz; Tomatis zabrania podjeżdżać. W rezultacie Branicki, zmuszony wysiąść z powozu tancerza, każe swemu hajdukowi227 przejechać po gębie pana dyrektora opery. Jak się rzekło, tak się stało. Biedny Tomatis, odurzony i zaskoczony znienacka, nawet nie porwał się za szpadę. Dopadł swego powozu i odjechał. Byłem świadkiem tej sceny, wychodząc właśnie z opery.

Sprawa wnet się rozgłosiła i Tomatis nie śmiał nikomu oczu pokazać. Zwrócił się ze skargą do króla, lecz cóż miał król począć? Branicki tłumaczył się, że tylko replikował na wyrządzoną mu obrazę. Binetti była w siódmym niebie. Co do mnie, byłem na Branickiego oburzony. Nikt go zresztą w kraju nie lubił, jako całkowicie oddanego Rosji. Król obdarzał go przyjaźnią ze względów natury politycznej. Intrygować przeciwko Branickiemu nie chciałem, gdyż właśnie zabiegałem o względy Jego Królewskiej Mości, mając nadzieję zostać sekretarzem króla. Uroczyście obchodzono u dworu dzień św. Kazimierza. W teatrze miano dawać po raz pierwszy jakąś sztukę polską. Nie rozumiejąc języka, nie miałem wielkiej ochoty siedzieć w teatrze jak na niemieckim kazaniu. Lecz król wyraźnie i po dwakroć kazał mi iść. Poszedłem. Sztuki słuchałem z loży królewskiej, a gdy król opuścił salę, zaraz po pierwszym balecie, wyszedłem i ja — za kulisy, powinszować sukcesu pięknej Casacci, piemontczance, która się była istotnie bardzo podobała Jego Królewskiej Mości. Po drodze zajrzałem do loży Binetti. Był tam Branicki. Przywitaliśmy się ceremonialnie i ja podążyłem do Casacci, która zaczęła zaraz czynić mi wymówki, że teraz dopiero po raz pierwszy przychodzę do niej za kulisy, co było świętą prawdą. Gdy tak rozmawialiśmy, wchodzi Branicki. Było rzeczą aż nadto widoczną, że szedł za mną, szukając zwady. Wchodzi — w towarzystwie niejakiego Binińskiego, oficera regimentu, którego Branicki był szefem — i powiada prawie z punktu:

— Przyznajcie, panie Casanova, że nie w porę przychodzę. Pan kocha się w tej damie, jak widać?

— Czyliż nie jest nad wyraz miła, panie hrabio?

— Do tego stopnia, że ja jestem nią bardzo a bardzo zajęty i że nie zniosę, aby ktokolwiek był moim rywalem.

— O! W takim razie chętnie odstąpię placu panu hrabiemu.

Branicki podniósł głowę do góry, mierząc mnie wzrokiem:

— Pan ostrożny, panie Casanova. Owóż, pan mi odstępuje?...

— Bez zwłoki, panie hrabio! Któż by śmiał współzawodniczyć z takim dostojnikiem jak Wasza Ekscelencja?

Zdaje mi się, że zaigrał mi po ustach uśmiech, który się hrabiemu wielce nie podobał. Krzyknął: