— Za tchórza mam tego, który cofa się wobec lada pogróżki!
Nie mogłem pohamować zrozumiałego odruchu i dotknąłem ręką rękojeści szpady, lecz opanowawszy nerwy, wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem. W chwili, kiedym zamykał drzwi, doleciały do mych uszu wypowiedziane aż nadto głośno wyrazy: „Tchórz wenecki!”
Wściekłość mnie ogarnęła i krzyknąłem od progu:
— Mości hrabio Branicki! Jestem gotów każdej chwili dowieść, że „tchórz wenecki” nie boi się magnata polskiego.
Rubikon228 był przekroczony. Stałem na ulicy z dobre pół godziny, czekając na Branickiego. Nie ukazał się wcale. Zziębnięty wskoczyłem do pierwszego lepszego powozu i kazałem wieźć się do pałacu wojewody ruskiego, gdzie król miał jeść kolację.
Może i dobrze się stało, że Branicki nie wyszedł. Kto wie?... może byłby mu towarzyszył Biniński i nie zawahaliby się mnie po prostu uśmiercić. Polacy pomimo pozorów ugrzecznienia i łagodności mają jeszcze w sobie sporo barbarii — Sarmatów i Scytów229. Zdają się nie rozumieć, że prawidła honoru nie pozwalają zwalać się na przeciwnika choćby w dziesięciu na jednego, byle okoliczności po temu sprzyjały.
Wojewoda ruski był wyjątkowo na mnie łaskaw. Graliśmy przy jednym stole i ja wciąż przegrywałem. Tedy spytał, gdzież mam głowę, żem tak roztargniony. Odrzekłem: „O sto mil!”. A on na to z widoczną pasją: „Gdy się gra z kimś, co zasługuje na atencję, nie wypada myśleć o Bóg wie czym”... Rzucił karty na stół i wyszedł z sali.
Król nie przybył. Było mi to bardzo nie na rękę, gdyż chciałem z całej sprawy zdać Jego Królewskiej Mości szczegółową relację. Wszyscy też siedli do stołu powarzeni. Wojewoda ruski zdawał się mnie nie widzieć. Na szczęście o przygodzie, która mnie spotkała, zagadał książę Lubomirski, okazując mi wiele współczucia.
— Branicki był pijany — mówił do mnie — i taki człowiek jak pan nie powinien zważać na impertynencje podchmielonego szlachcica.
Rozmowę naszą słyszał wojewoda, rozchmurzył się, a gdy wstano od stołu, wziął mnie na stronę.