— Teraz, gdy wiem wszystko — rzekł łaskawie — nie dziwię się twemu, panie Casanova, roztargnieniu. Szczerze z panem współczuję; sprawa nie byle jaka.
— Wasza Książęca Mość może raczy mi rady jakiej udzielić.
Książę rozłożył ręce.
— Własnych inspiracji słuchaj, kochany panie — rzekł. — One wskażą ci najwłaściwszą drogę.
Zrozumiałem. Nazajutrz posłałem listowne wyzwanie Branickiemu, który je przyjął. A w godzinę potem — sam się u mnie zjawił! Swoich towarzyszy zostawia za moimi drzwiami, wchodzi, zasuwa rygiel, siada na łóżku (gdzie leżąc, zajęty byłem właśnie pisaniem), a ja mimo woli sięgam pod poduszkę po pistolet kieszonkowy.
— Daj pan pokój — powiada. — Nie przychodzę przecie zabić pana, leżącego spokojnie w łóżku. Przychodzę, aby panu powiedzieć, że pojedynku nigdy nie odkładam do następnego dnia. Owóż bić się będziemy dziś albo nigdy.
— Niemożliwe, panie hrabio! Muszę coś zredagować dla Jego Królewskiej Mości, a kurier dziś odjeżdża.
— Napiszesz pan po rozprawie.
— A testament?
— Masz pan coś do legowania230? Nie pilno. Masz pan jeszcze z pięćdziesiąt lat przed sobą dla napisania testamentu.