— Zgoda. Do pierwszej krwi wystarczy. Tuszę231, że hrabia obierze miejsce tak bezpieczne, abyśmy z żadnymi władzami nie mieli najmniejszych ambarasów232.

— Rozumie się! Uściskaj mnie pan teraz, boś, jak widzę, człek honoru i mężnego serca. Sza! Nikomu ani słowa. I do zobaczenia się o trzeciej!

Gdy wyszedł, skończyłem pisać, oddałem skrypt w kopercie Campioniemu, przykazując, aby doręczył królowi, i spożyliśmy obiad co się zowie doskonały, nie szczędząc wybornego wina, którego na stole były cztery gatunki. Byłem syty, a głowę miałem lekką i swobodną, jakbym nie tknął kielicha.

Punktualnie o trzeciej zajechał Branicki. Powóz był sześciokonny, dwóch ordynansów prowadziło w ręku dwa konie okulbaczone; towarzyszyli hrabiemu adiutanci oraz jakiś generał w paradnym mundurze — jego sekundant. Usiadłem w powozie obok Branickiego. Zwrócił moją uwagę, że może chciałbym wziąć z sobą kogokolwiek ze służby. Odrzekłem, że moja „liberia” zbyt by mizernie wyglądała przy hrabiowskiej świcie i że przeto, o ile bym potrzebował jakiej usługi, zdaję się całkowicie na jego troskliwość i opiekę. Za całą odpowiedź ścisnął mi energicznie dłoń. Ruszyliśmy. Widocznie miejsce było z góry wskazane przez hrabiego, gdyż nie dał ani znaku, ani rozkazu. Oczywiście, żem nie pytał, dokąd jedziemy. Jechaliśmy w milczeniu dobry kwadrans. Powóz zatrzymał się u bramy jakiegoś parku. Poszliśmy w głąb ku altanie o kamiennych ławach, ze stołem, również kamiennym, pośrodku. Któryś z subalternów233 hrabiego, drab w mundurze huzarskim, przyniósł parę pistoletów, nabił i położył skrzyżowane na stole.

— Wybieraj pan! — rzekł Branicki.

W tym momencie zainterweniował generał.

— Co? — zawołał. — Tu chcecie się bić? Tu? Ależ na litość Boską, toć przecie jesteśmy jeszcze w granicach starostwa.

Zaczęła się żywa alterkacja234. Generał za nic w świecie nie chciał być świadkiem pojedynku. Chciał odjeżdżać, wzburzony cały. Na propozycję oddania całej sprawy do rozstrzygnięcia królowi wyraziłem mą zgodę, pod warunkiem, że hrabia przyzna, iż żałuje, że mnie obraził bez słusznego powodu. Na to Branicki krzyknął: „Przybyłem tu się bić, nie akomodować235!” i powtórzył, wskazując na pistolety: „Wybieraj pan!”

Odsłoniliśmy obaj piersi i stanęliśmy naprzeciw siebie. Szerokość altany nie pozwalała na większy odstęp jak na najwyżej dwanaście kroków. Branicki mierzył przez kilka sekund; nie poczytując sobie za obowiązek czekać, aż dobrze się przyceli, strzeliłem. Oba strzały padły jednocześnie; świadkowie utrzymywali, iż usłyszeli jeden huk. Branicki zachwiał się i padł. Rzuciłem się ku niemu. Jego służba skoczyła na mnie zdobytymi szablami. Byłaby mnie zarąbała, jeśliby ich pan i władca nie krzyknął z ziemi: „Stójcie, kanalie! Nazad! Wara mi od pana de Seingalt!” Cofnęli się jak piorunem rażeni i mogłem podnieść mego adwersarza prawą ręką, sam będąc w lewą raniony. Zaniesiono Branickiego do oberży, oddalonej o paręset kroków od parku. Iść nie mógł; co chwila ku mnie spoglądał, orientując się, skąd krew mam na spodniach. W oberży położono go na materacach, lekarz opatrzył ranę. Branicki uznał ją za śmiertelną. W rzeczy samej lekka nie była. Kula przebiła bok na wylot. Trudno było przypuścić, aby wnętrzności nie były obrażone. Rzekł mi też natychmiast Branicki:

— Zabiłeś mnie pan. Unoś głowę, póki cała. Oto moja wstęga Orła Białego, oto moja sakiewka. I jedna, i druga przydać się panu mogą.