Gorąco podziękowałem, alem pieniędzy nie przyjął. Nie skrywałem boleści, którą mi sprawia nieszczęsny rezultat pojedynku. Uściskaliśmy się. Opuściłem oberżę — puściutką. Wszystko, co żyło, było się rozbiegło, kto po felczerów, kto po krewnych, kto po księży, kto po przyjaciół... Sam, ranny, bez broni, wlokłem się po grubo zaśnieżonej drodze. Na szczęście spotkałem furmankę, która mnie odwiozła do Warszawy. Na przedmieściu spotkałem pędzących na miejsce pojedynku przyjaciół Branickiego. Nie zauważyli mnie; temu może zawdzięczam, że mnie nie rozsiekano.

W Warszawie, nie zastawszy księcia Czartoryskiego w domu, schroniłem się do klasztoru dominikanów. Posłałem natychmiast po Campioniego, po chirurga i służącego. Nadbiegli kolejno, dowiedziawszy się, co się stało, wojewoda podlaski, wojewoda wileński, wojewoda kaliski, polecając mnie usilnie opiece ojców dominikanów. Przeniesiono mnie też co rychlej z celi, bardziej podobnej do więziennej niż do klasztornej, do wcale miłego apartamentu. Rana moja okazała się dolegliwsza, niż się zapowiadała. Kula, drasnąwszy mi brzuch i uderzywszy o metalowy guzik, miała jeszcze dość siły, aby mi strzaskać pierwszy palec ręki lewej i ugrząźć w dłoni. Imćpan Gendron, podobno chirurg zawołany, wyjął mi ją wcale niezręcznie, potęgując bóle i tak już wcale nieznośne.

Książę Lubomirski przyniósł mi wiadomość, że przyjaciele i adherenci236 Branickiego, z istnym furiatem Binińskim na czele, poprzysięgają roznieść mnie na szablach, że stan Branickiego wciąż jeszcze budzi wielkie obawy, że odwiedzał go król, że panuje powszechne zdziwienie, iż Branicki nie trafił mnie prosto w serce, on, strzelający tak znakomicie. Kurier wojewody ruskiego przyniósł mi bilecik króla pisany do wojewody, tej treści: „Drogi wuju! Branicki umiera, niemniej o Casanovie pamiętam; proszę mu powiedzieć, że ma moją łaskę bez względu na to, co stać się może”. Zrosiłem łzami ten drogocenny list.

Nazajutrz od wczesnego ranka — jeszcze więcej wizyt. Odwiedzili mnie wszyscy, którzy z tej lub owej racji mieli coś z Branickim na pieńku, a już oczywiście przede wszystkim jego wrogowie. Sporo było też osób... Każdy chciał mi pożyczać pieniędzy lub dawać. Odmawiałem, co było z mej strony istnym bohaterstwem. Pięć, sześć tysięcy dukatów byłbym zgarnął z łatwością. Jedno, com przyjął od księcia Czartoryskiego, obiady codzienne dla czterech osób na cały czas mojej rekonwalescencji. Mogłem zacnie ugaszczać przyjaciół, sam jedząc nader mało.

Tymczasem stan mojej ręki zamiast poprawiać się — pogarszał. Groziła mi gangrena. Najznakomitsi chirurdzy doradzali amputację. Na szczęście nie zgodziłem się; lekarzy wyrzuciłem za drzwi i leczyłem się środkami domowymi. Dzięki temu mam do dziś dnia lewą rękę całą i zdrową. W dzień Wielkiejnocy mogłem po raz pierwszy wyjść z domu.

W kilka dni po moim pierwszym wyjściu na miasto otrzymałem wezwanie od króla, abym się stawił u dworu. Ujrzawszy mnie, podał mi natychmiast rękę do ucałowania, co gdym przykląkłszy na jedno kolano, uskuteczniał, odezwał się do mnie, jak z góry było ukartowane:

— Skąd ta ręka u Waści na temblaku?

— Reumatyzm, Wasza Królewska Mość.

— Radzę wystrzegać się na przyszłość podobnych wypadków.

Taki był przebieg audiencji. Z zamku pojechałem prosto do Branickiego. Bardzo się interesował stanem mego zdrowia, co dzień posyłając dowiadywać się, jak się miewam. Chciałem mu też złożyć gratulacje z powodu otrzymania nowego tytułu dworskiego: wielkiego łowczego. Moje przybycie sprawiło piorunujące wrażenie wśród świty i służby hrabiego. Wybałuszono oczy, głośno dawano wyraz zdziwieniu. Poprosiłem adiutanta, aby mnie zaanonsował hrabiemu. Poszedł, podnosząc rękę do łzami zachodzących oczu.