Branicki siedział na łóżku, śmiertelnie blady. Powitał mnie skinieniem ręki. Rzekłem mu:

— Przychodzę uznać, żem źle uczynił, nie zniósłszy drobiazgu, na który nie warto było zwracać uwagi. To, co między nami zaszło, więcej mi przysporzyło zaszczytu, niż wyrządziło obrazy. Proszę przeto, raczcie, panie hrabio, wyjaśnić sprawę wśród swoich przyjaciół, którzy nie orientując się w wysokich sentymentach pana hrabiego, sądzą, iż pan hrabia jest moim nieubłaganym wrogiem.

— Panie Casanova! — odparł. — Wrogiem moim będzie ten, kto nie będzie miał dla pana szacunku, na który w tak wysokiej mierze zasługujesz. Protekcji mojej nie potrzebujesz; zdobyłeś protekcję króla. Siadaj pan. Bądźmy przyjaciółmi. Winszuję, żeś za drzwi wyprosił chirurgów. Dobrześ im pan powiedział, że pragnęliby mnie się przypochlebić, odpiłowując panu rękę. Ale po coś pan, kiedym strzelał, nie trzymał ręki za sobą!

— I dobrze się stało. Byłbyś mnie, panie hrabio, w bok ranił, może śmiertelnie.

— A pan celowałeś w głowę! — zawołała wielkiej piękności dama siedząca opodal Branickiego. — Chciałeś koniecznie mego brata zabić.

— Broń Boże!

— Sam mu pan powiedziałeś, że czaszkę mu roztrzaskasz.

— Mało się to mówi! Celowałem przeciwnie, w korpus. Łatwiej trafić.

— Widać, żeś pan strzelec zawołany — wtrącił hrabia.

— O, bardzo nietęgi. Prawie nigdy pistoletu do ręki nie biorę. Był to pierwszy w mym życiu strzał... tak niefortunny.