— Co pan sobie myśli — rzekł spokojnie generał — nic a nic mnie nie obchodzi. Polecono mi wyłącznie zakomunikować panu rozkaz Jego Królewskiej Mości. Uczyni pan, co będzie uważał za odpowiednie.

Napisałem natychmiast długi list do króla. Wyznałem mu, że honor nie pozwala mi opuścić Warszawy, ponieważ zadłużyłem się i nie mam czym moich długów popłacić. Hrabia Moszczyński podjął się doręczyć mój list królowi. Nazajutrz zakomunikował mi ustnie, iż król nie wiedział o moich ambarasach natury finansowej i wręczył mi tysiąc dukatów, dar Jego Królewskiej Mości. I dodał: „Jeżeli Jego Królewska Mość nastaje, abyś pan wyjeżdżał co rychlej z Warszawy, to ma jedynie na względzie pańskie własne dobro. Król pragnąłby widzieć pana co rychlej w miejscu bezpiecznym, gdyż wie dobrze, iż pan niemal co dzień otrzymuje tu, w Warszawie, prowokacje, na które, rozsądnie czyniąc, nie odpowiadasz, które jednak mogą pierwej lub później do prowadzić do konfliktu z ludźmi mającymi do pana, mniejsza, słuszną czy niesłuszną, ansę240 i czyhającymi na pańską zgubę. To króla niepokoi i rad by co rychlej dowiedzieć się, że nic już panu nie grozi”.

Z uczuciem najgłębszej wdzięczności prosiłem hrabiego, aby złożył królowi moje najgorętsze podziękowania i zapewnił go, że rozkazy jego będą możliwie prędko spełnione.

We dwa dni potem długi moje były popłacone, a ja byłem w drodze do Wrocławia...

Siostrzenica pastora

Po raz trzeci losy zawiodły mnie do Genewy. Stanąłem w „Les Ballances”, gdzie dano mi wyjątkowo dobrą kwaterę. Zbliżyłem się do okna — patrzę — napis na szybie, skreślony brylantem pierścionka!... „Zapomnisz o Henriecie”... Tak, to on, ów napis! Wycięła go na szybie Henrieta, przed laty, żegnając się ze mną tu, w tym pokoju, przed odjazdem do Francji na zawsze241. Rzuciłem się na fotel i pogrążyłem w dumaniach. Gdzieżeś ty teraz, Henrieto, co się z tobą dzieje? O! Jakżem nie wart był ciebie wówczas — i dziś nawet tym bardziej nie jestem. Dziś już nawet nie ma we mnie dawnej mocy uczuć. Chyba mi ją wróci wspomnienie o tobie, Henrieto! Czułem nieopisaną pustkę dokoła siebie i w sobie. Zerwałbym się, zda się, i pognał szukać Henriety, jeśliby jej wyraźny zakaz mnie nie powstrzymywał.

Otrząsłszy się po pewnym czasie z przygnębiającej melancholii, powlokłem się odszukać pewnego sędziego, z którym łączyły mnie podczas ostatniego pobytu w Genewie stosunki wcale bliskie. Sędzia miał aż trzy niepospolicie urodziwe przyjaciółki, do których zalecałem się ku wielkiej uciesze sędziego. Innej już, niestety, zażywać nie był w stanie. Nie zwlekając, poszliśmy odwiedzić piękne panie. Po drodze spotkaliśmy pastora, z którym też się przyjaźniłem podczas mojej ostatniej bytności w Genewie, a który miał siostrzenicę słynącą z niepospolitej biegłości... w teologii. Pastor, uszczęśliwiony ze spotkania się ze mną, zaprosił mnie do siebie na obiad. „Koniecznie jutro!” — nastawał kilkakrotnie. Przyrzekłem.

Po drodze sędzia oznajmił mi, że prawdopodobnie zastaniemy u jego przyjaciółek pewną dzieweczkę, jeszcze wcale a wcale nieuświadomioną. „Tym lepiej! — rzekłem. — Może mi się uda wtajemniczyć ją w misteria całkiem jej nieznane”. Przyznać muszę, że mało miałem w życiu chwil tak przyjemnych, jak witanie się z niezmiernie miłymi, a jakże ślicznymi przyjaciółkami sędziego. Kochały się bez cienia zazdrości, zawiści lub chciwości. Lubiły bawić się — jednakowo. Nie miały wręcz czasu na swary i intrygi. Obecność ich nowej przyjaciółki zniewoliła nas mitygować objawy radości, zaś z dzieweczką, spuszczającą oczka i rumieniącą się po uszy, przywitałem się zgodnie z najskrupulatniejszą przyzwoitością. Po wymianie zwykłych, konwencjonalnych frazesów między ludźmi, którzy przez dłuższy czas się nie widzieli, pozwoliliśmy sobie na lekkie dwuznaczniki, które musiały młodziutkiej Helence sporo dać do myślenia. Zwracając się wprost do niej, rzekłem, iż sama Wenus nie mogłaby być od niej piękniejsza i że ręczę, iż i umysł jej musi być równie niepospolity, a wolny od przesądów. „Przestrzegam — odparła skromnie — wszystkich przesądów nakazanych przez honor i religię”. Poczułem wnet, że nie jest to twierdza, którą można zdobyć śmiałym natarciem, że trzeba iść do celu i powoli i ostrożnie. Dzieweczka podobała mi się jak mało która... Zakochałem się w niej na zabój.

Gdy wymieniono jej moje nazwisko, spytała, czy to ja przed dwoma laty prowadziłem tak interesujące dyskusje teologiczne z jej kuzynką, siostrzenicą pastora? Potwierdziłem, nadmieniając, że jutro proszony jestem do pastora na obiad. „Może i ja tam przyjdę — rzekła — gdyż pasjami lubię dysputy filozoficzne, choć oczywiście sama nie mogę brać w nich udziału”. Spostrzegłem, że sędzia jest zachwycony Helenką. Nie mógł się jej dość nachwalić przede mną, a i w oczy jej mówił najwyszukańsze komplementy. Helenka jednak zdawała się nie spostrzegać tych wybryków natarczywej galanterii lub nie rozumieć, dokąd zmierzają. Dla zabawienia dam dobyłem mego puzderka z klejnotami. Pierścionki niezmiernie się im podobały, prosiłem przeto, aby wzięły te, które się im najbardziej podobają. Poszła za ich przykładem i Helenka, dziękując mi za wybrany pierścionek upajającym pocałunkiem. Niebawem pożegnała nas i wyszła, my zaś mogliśmy z całą swobodą powtórzyć przywitanie, bez uprzedniej ceremonialności.

Nie dziwiłem się, że sędzia zakochany jest w Helence. Była w stanie obudzić nawet płomienną namiętność. Atoli przyjaciółki nasze niewielką miały nadzieję pozyskania jej dla naszych rozrywek; utrzymywały zgodnie, iż wobec mężczyzn Helenka jest wstydliwa do niemożliwości. Po smacznym i obfitym traktamencie242 zabawialiśmy się jak zwykle wesoło i nad wyraz przyjemnie, sędzia zaś jak zwykle tylko się przyglądał naszym ewolucjom, mając i w tym swoją uciechę. Rozstaliśmy się około północy. Zacny sędzia odprowadził mnie do domu.