— Bo żadna z nich nie może mieć najmniejszej pewności, że właśnie ją pan kocha.

Usiłowałem jej wytłumaczyć, że między miłostkami a miłością zachodzi ogromna, kolosalna różnica. Zdawała się podzielać moje zapatrywania, gdyż sama jęła mi dawać rady, jak i gdzie mam zaprosić pastora i jego siostrzenicę na obiad.

— Ale — pośpieszyła dodać — jeżeli ja mam należeć do obecnych, to proszę tak zrobić, aby pastor zaprosił i moją matkę.

— Pani matkę!

— Tak, koniecznie. Pastor kochał się w mojej matce przed dwudziestu laty i dziś jeszcze...

— Niech będzie. Gdzież mam ugościć tak przemiłe towarzystwo?

— Pańskim bankierem jest pan Tronchin, prawda?

— Tak jest.

— No, to niech pan poprosi, aby użyczył panu swojej cudnej letniej rezydencji nad jeziorem. Chętnie to uczyni, ręczę. Nie mów pan tylko nic ani sędziemu, ani moim przyjaciółkom. Sama im powiem... gdy czas będzie po temu.

— Czy pani jednak sądzi, że pani uczona kuzynka chętnie przebywa w moim towarzystwie?