Ja zaś sam usiadłem na czwartym stopniu, tuż nad wodą, i zacząłem zdejmować im trzewiczki i pończochy, wynosząc pod niebiosa boskie kształty ich nóżek i nie zdradzając najmniejszej chęci posunięcia się wyżej ponad kolana. Weszły do wody, oczywiście podnosząc suknie, ku czemu je zresztą gorliwie zachęcałem.

— Wielkie rzeczy! — zawołała Jadwiga — alboż to mężczyźni łydek nie mają!

Helenka, wstydząc się mniej mieć odwagi niż kuzynka, poszła w jej ślady.

— Dosyć! Dosyć, urocze najady248! — rzekłem. — Możecie się przeziębić. Wychodźcie z wody!

Jęły wycofywać się z basenu, unosząc suknie jeszcze wyżej, aby ich, broń Boże, nie zamoczyć. Mnie przypadło w udziale rozkoszne osuszanie nóżek wszystkimi chustkami, jakieśmy mieli przy sobie. Nie potrzebuję chyba zapewniać łaskawego czytelnika, że nie omieszkałem skorzystać z tylokrotnie nasuwającej się przy tym sposobności i zajrzenia i dotknięcia tam, gdzie zajrzeć można było i dotknąć — przypadkiem. Urocza kuzynka utrzymywała, że jestem stanowczo nazbyt ciekawy, lecz Helenka pozwalała mi hołdować tej ciekawości z taką słodyczą i względnością, iż musiałem z całej siły się powstrzymywać, aby nie pójść dalej. Gdym je obuł, oświadczyłem, iż oglądałem najtajniejsze wdzięki dwóch najpiękniejszych kobiet w całej Genewie.

— Widok ten jakież, jeśli wolno spytać, uczynił na panu wrażenie?

— Nie śmiem paniom zaproponować, abyście się przekonały własnymi oczyma.

— Mamy jeszcze przed sobą z dobre dwie godziny! — rzekła nagle Helenka.

Te słowa odsłoniły mi wszystkie oczekujące mnie rozkosze... Obejrzałem się dokoła. Tuż w pobliżu wznosił się pawilon, a byłem przekonany, że niezamknięty, dzięki przewidującej uprzejmości pana Tronchin. Do tego więc pawilonu powiodłem moje towarzyszki, nic nieodgadujące moich zamiarów... Pawilon był wewnątrz suto ozdobiony: wazami alabastrowymi, sztychami... lecz najprzedniejszą i najcenniejszą jego ozdobą była szeroka otomana, wręcz zapraszająca do wygodnego wypoczynku. Na tej otomanie, usiadłszy między obiema paniami i osypując je pieszczotami, wtajemniczyłem je dokumentnie w różnice zachodzące między mężczyzną a kobietą. Po czym, wróciwszy do przystojniejszych póz, nie szczędziliśmy sobie pocałunków. „Lecz — rzekłem — uszczęśliwiłyście mnie panie tylko połowicznie!...” Wytłumaczyłem rzecz jaśniej i pokazałem im coś, co najniezbiciej zabezpiecza od skutków zbyt pełnego używania szczęścia. Teolożka oświadczyła, że weźmie rzecz pod uwagę.

Wracaliśmy do willi jak dobrzy znajomi i przyjaciele, zdecydowani wejść ze sobą w jeszcze ściślejsze i poufalsze stosunki. Zastaliśmy pastora i matkę Helenki, przechadzających się brzegiem jeziora.