— Otóż jestem żoną Jussufa, poślubioną mu przed pięciu laty. Urodziłam się na wyspie Scio265. Miałam trzynaście lat, gdy Jussuf wziął mnie za żonę.
Nie wychodziłem ze zdumienia, że mój przyjaciel-filozof wyemancypował się aż do zezwolenia na to, abym rozmawiał z jego żoną, i z jaką jeszcze! Wyobraźnia moja już snuła dalszy ciąg alabastrowych, poodsłanianych ramion... Musiała być i na twarzy niepospolicie piękna. Nie miała na sobie zwykłego stroju Turczynek; ubrana była, jak się ubierają kobiety na wyspie Scio. Suknia odsłaniała śliczne linie nóg i zdradzała boskie kształty bioder. Nie wytrzymałem; mimo woli, odruchowo, sięgnąłem ku welonowi, aby odsłonić twarz czarującej kobiety... Była to z mej strony bezprzykładna śmiałość... Ona podniosła się i z niezmierną majestatycznością w głosie i postawie rzekła:
— Niegodny pan jesteś przyjaźni Jussufa, którego żonę śmiesz obrażać!
— Wybacz pani! — zawołałem. — Nie miałem zamiaru cię obrazić. Według obyczajów i zwyczajów ogólnoeuropejskich najpospolitszy człowiek ma prawo oglądać twarz nawet królowej.
— Lecz nie będzie zdzierał z jej twarzy welonu, którym się zasłoniła. O panie! Jussuf mnie pomści.
Rzuciłem się jej do nóg i dopiąłem tego, że się uspokoiła.
— Siadaj pan! — rzekła, sama siadając z podwiniętymi nogami.
Wzrok mój na mgnienie oka wślizgnął się w najtajniejsze ukrycia jej wdzięków, co omalże mnie nie przyprawiło o postradanie wszelkiego panowania nad sobą.
— Aleś pan rozgorzał! — wymknęło się jej.
— Święty by nie wytrzymał. Chcesz mnie upiec na wolnym ogniu.