— Nie mam wcale damy.
— Jednak miarkuję, że chyba tańczyć pan lubi?
— W samej rzeczy, nawet przepadam za tańcem.
On mi zaś na to:
— Jeżeliś pan tu przybył bez własnej damy, to nie będziesz tańczył wcale. Każda z dam, które tu widzisz, ma własnego tancerza; zwą go po hiszpańsku parejo. Wyłącznie z nim tańczy.
— To już nogą w Madrycie nie ruszę. Nie znam żadnej damy, która by mi chciała na bal towarzyszyć.
— Jesteś pan w błędzie. Jest w Madrycie aż nadto dziewcząt i hożych, i ładnych, które aż się palą, by pójść na bal. Niedawno dopiero nasz minister, hrabia Aranda, pozwolił urządzać bale publiczne i są one w tej chwili niezmiernie w modzie. Popatrz pan... oprócz przyglądających się zabawie jest tu ze trzysta tancerek na sali, a ile ich siedzi po domach, rozpaczając, że nie są na balu!
— A bez towarzysza nie może pójść na bal?
— Nie może. Policja zabrania.
— Ale pierwszy lepszy mężczyzna nie może przecie narzucić się damie za towarzysza?