— Kochany panie! — rozmówca mój na to. — Tu u nas teraz w Madrycie nie ma takiego ojca, nie ma takiej matki, którzy by dali ci odkosza273, jeżeli uczciwie, a bez wszelkiej ceremonii poprosisz o zaszczyt zaprowadzenia ich córki na bal.
— Osobliwe obyczaje!
— Rzecz główna, abyś pannie zafundował domino274, maskę i rękawiczki oraz abyś miał powóz do jej dyspozycji.
— A jeżeli otrzymam odpowiedź odmowną?
— Nic pan sobie z tego nie rób. I szukaj szczęścia gdzie indziej. Lecz bądź spokojny... nigdzie ci drzwi nie zamkną przed nosem.
Spodobało mi się to wszystko; nowe było i niepospolite. Wymieniliśmy z siwiejącym jegomościem nazwiska, po czym on, zająwszy się mną gorliwie, zaprowadził mnie do swej loży i przedstawił pewnej wcale jeszcze okazałej damie, mającej po całej stolicy nader rozległe stosunki. Zaprosiła mnie do siebie.
Pod koniec balu zaczęto tańczyć fandango. Widziałem, jak je tańcowano we Włoszech i we Francji, ale ani się umyło do hiszpańskiego. Byłem oczarowany. Ile wyrazu w epizodach tego tańca, z jakim zajęciem publiczność przygląda się tańczącym, jak ten ognisty taniec elektryzuje całą salę! Zaraz nazajutrz odszukałem metra275 tańców i we trzy dni jużem wcale znośnie tańczył fandango. Jednocześnie zacząłem u pewnego aktora brać lekcje języka hiszpańskiego. Teraz mogłem już rozpocząć szukanie partnerki. Do panny „z wyższych sfer towarzyskich” nie miałem śmiałości zwrócić się; nie chciało mi się z drugiej strony ani mężatki, ani kurtyzany... W dniu św. Antoniego276 — kto czegokolwiek szuka, niech go wzywa! — jestem w kościele de la Soledad na mszy. Rozglądam się. Patrzę: od konfesjonału odchodzi właśnie jakieś dziewczę, ze spuszczonymi skromnie ku ziemi oczami, a zgrabna, najwidoczniej ognista — w sam raz partnerka dla fandanga! Widać, że nie z tak zwanej wyższej sfery, lecz wcale dobrze ułożona, nawet elegancka — i ładna, bardzo nawet ładna. Poczekałem, aż przystąpi do komunii; potem wysłuchałem jednej jeszcze mszy, gdyż moja donna diablo długo potrzebowała się modlić, i wyszedłem za nią z kościoła. Doprowadziła mnie do skromnego, jednopiętrowego domu. Weszła. Ja za nią. Pukam.
— Kto tam?
— Gente de paz! — odpowiadam. (Wszyscy w Hiszpanii mienią się „spokojnym człowiekiem”: policjant, przychodzący cię aresztować, kredytor z wekslem w ręku na pytanie, kto puka, odpowie ci przez drzwi: Gente de paz, człowiek spokój miłujący!).
Otwierają się drzwi. Spostrzegłem w izbie moje dziewczę w towarzystwie starszego mężczyzny i starszej kobiety — ojca i matki. Zwracam się wprost do ojca i powiadam: