— Jestem, señor277, cudzoziemcem; pasjami lubię taniec i nie mam tancerki, która by mi pozwoliła towarzyszyć sobie na bal.
Ojciec popatrzył na matkę, matka na córkę.
— Przychodzę przeto — ciągnąłem dalej — do państwa na chybił trafił i proszę o pozwolenie zaprowadzenia ich córki na bal.
— Señor! My señora nie mamy zaszczytu znać. Nie wiem, czy moja córka zechce z señorem pójść.
Panna mocno pokraśniała i odrzekła bez namysłu:
— Bardzo będę rada, jeśli mi pozwolicie towarzyszyć na bal temu panu.
Nastąpiła tedy prezentacja. Wymieniłem imię moje i nazwisko i podałem adres. Ojciec — don Diego — obiecał dać mi odpowiedź nazajutrz o południu. W oznaczonym terminie sam mi przyniósł pozwolenie, pod warunkiem, że matka pojedzie z nami i czekać będzie w powozie, aż się córka wytańczy do woli. W trakcie rozmowy powiedział mi, że jest z zawodu szewcem.
— Doskonale! — rzekłem. — Bierz pan miarę i zrób mi trzewiki.
— Nie mogę, señor. To by mi ubliżyło.
— A jednak pański zawód...