— O, co do tego, to niech pan żadnych przytyków nie czyni. On tylko ziębnie i marznie pod mymi oknami, i tyle. Czeka zawsze na mój powrót z balu.
— Na ulicy?
— Tak.
— To mi go żal. Gdybym o tym wiedział, byłbym mu zaproponował, aby na panią oczekiwał w naszym powozie, dotrzymując towarzystwa mamie.
Zdawało mi się, że fandango, ratafia i cukierki zrobiły swoje. Dziewczyna była o wiele rozmowniejsza, w oczach miała rozmarzenie i pozwalała mi na pełne subtelnej rozkoszy dotknięcia, widocznie w nich gustując. Ale do pocałunków i tym razem jeszcze nie przyszło. Rozstając się, naznaczyła mi schadzkę w kościele de la Soledad. Przyszła z jakąś nad wyraz szpetną przyjaciółką; popatrzyłem z daleka i umknąłem. Wieczorem byłem u niej, ekskuzując285 się... Sama zaprosiła mnie na najbliższy bal, pytając, czy pozwolę, aby towarzyszyły jej dwie kuzynki.
— Przystojne?
— To już mniejsza. Niech pan to dla mnie uczyni.
— Dobrze. A gdzież ich mam szukać, aby zaprosić?
— Weź pan te koronki. Tam, na ulicy Nowej, mniej więcej na jej środku, jest nieduży sklep „Pod św. Teresą”. Oddaj pan tylko te koronki, resztę sama załatwię.
— Pani kuzynki... to praczki?