Po tych słowach zamilkł. Nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Luca milczał zmieszany i uśmiechał się. Uśmiechnął się także Mario, po czym wziął piłkę i pobiegł do swoich kolegów.
To spotkanie wzbudziło w Luce szczery zachwyt i roznieciło iskrę czułości wobec tego dobrze ubranego chłopca o blond włosach i różowej cerze, jakże odmiennego od niego samego.
Nazajutrz dostrzegł go w gronie kolegów. Wprawdzie nie odważył się podejść, ale przyglądał mu się z daleka. Miał nadzieję, że piłka znów poleci daleko, co pozwoliłoby im chwilę porozmawiać. Mario chyba jednak o nim nie pamiętał. Długo grał z kolegami, potem usiadł przy niańce i spokojnie jadł kanapkę. Wreszcie w oddali rozpoznał kominiarczyka. Skoczył na równe nogi, podbiegł do chłopca i bez słowa, ale z uśmiechem na ustach podzielił się z nim swoim podwieczorkiem. Zaraz za nim przybiegł jego pies, potężny nowofundland.
— To twój pies? — zapytał Luca.
— Mój. Wabi się Fritz.
Od tamtego dnia Mario i Luca byli przyjaciółmi.
W życie obydwu — bogatego panicza i brudnego od sadzy chłopca z gór — wkradła się potrzeba wzajemnej czułości i bliżej nieokreślona sympatia. Luca nie mógł bawić się razem z kolegami Maria, a sam Mario nawet nie starał się ich przekonać, wiedział bowiem, że nic nie wskóra i że go wyśmieją. Ale przychodził czasem do kominiarczyka na pogawędki, dzielił się z nim podwieczorkiem, opowiadał rozmaite historie. Był z natury swej gadatliwy, próbował więc nakłonić małomównego Lukę do rozmowy, zadając mu rozmaite pytania. Ktoś wreszcie odkrył w duszy Luki zakątek, o którego istnieniu nikt dotąd nie wiedział, i ogrzał ciepłem uczucia, ktoś poruszył w jego sercu wrażliwą strunę, której nikt jeszcze dotąd nie dotknął. Chłopiec był przeszczęśliwy.
Któregoś dnia Mario nie przyszedł wraz z kolegami do parku. Luca czekał na niego bezskutecznie także nazajutrz, a potem kolejnego dnia, lecz przyjaciel się nie pojawiał.
Luca przyglądał się kolorowej gromadce rozbieganych dzieci. Rozpoznał wśród nich wielu kolegów Maria, postanowił więc zapytać jednego z nich, który właśnie obok przebiegał, dlaczego Mario nie przychodzi, a w odpowiedzi usłyszał:
— Mario jest chory — odpowiedział tamten, mierząc do wzrokiem. — Ma błonicę — dodał, po czym zawstydzony, że ktoś go może zobaczyć w takim towarzystwie, pobiegł do swoich kolegów, wyśpiewując radosne trele.