Mario leżał chory w swoim eleganckim pokoju, z którego roztaczał się widok na przyległy do pałacu rodziny Defilippich park.
Siostra zakonna, dwóch lekarzy, zrozpaczona matka czuwali w ciszy u wezgłowia łóżka. Słychać było niespokojny oddech chorego. Chłopiec majaczył, a matka pochylała się nad nim, próbując zrozumieć, co chce jej powiedzieć. Mówił o słońcu, kwiatach, ptakach i zabawie.
— Luca, chcę zobaczyć Lukę — powiedział w pewnej chwili.
— Lukę? A kto to jest? — zapytała po cichu matka, która gotowa była spełnić każde życzenie chłopca.
Mario nie zrozumiał, nie odpowiedział.
— Chcę zobaczyć Lukę... nie myjcie mu twarzy... chcę go zobaczyć właśnie takiego czarnego...
— Ach! — rzekła matka i zwróciła się do zakonnicy:
— Chodzi o tego kominiarczyka, znam go.
Kazała sprowadzić niańkę, po czym wydała jej na ucho instrukcje. Niańka wzdrygnęła się, jakby chciała zaprotestować, lecz matka chłopca stanowczym szeptem potwierdziła polecenie.
Luca siedział na swojej ławce, miał podkurczone nogi, łokcie wsparte na kolanach, a podbródek na dłoniach. Od tygodnia nie widział swojego przyjaciela, czuł nieprzerwanie dojmujący ból w sercu.