— Przyszedł do ciebie właśnie... — rzekła kobieta, po czym się odsunęła, a zza jej pleców wyłoniła się uśmiechnięta twarz kominiarczyka. Na ustach Maria wreszcie zagościł uśmiech, po raz pierwszy po wielu dniach. I po raz pierwszy wydawał się jakby bardziej wypoczęty.
Luca nie odstępował jego łóżka przez cały dzień. Jednak pod wieczór stan chorego chłopca się pogorszył. Doktor pokiwał głową zatroskany. Po utrzymującym się w ciągu dnia nastroju nadziei dom ponownie popadał w rozpacz.
Mario nie chciał, żeby Luca go opuścił choćby na chwilę. Luca spędził więc noc blisko chorego przyjaciela, a potem cały kolejny dzień i kolejną noc. Matka chłopca wysłała do opiekuna Luki bardzo szczodre wynagrodzenie, zatrudniając kominiarczyka, by pocieszał jej syna w ostatnich godzinach! Mario umierał! Koniec był blisko!
Minęły jeszcze jeden dzień i jedna noc.
O świcie Mario podniósł się na poduszce, objął ramieniem szyję Luki, przyciągnął go do siebie całą siłą i mocno uścisnął. Potem poluzował uścisk i opadł bezwładnie. Spał, leżąc na wznak. Kominiarczyk nie rozumiał dobrze, co się dzieje. Zobaczył, jak matka chłopca wymachuje rękami, siłą odciągana przez służbę, usłyszał rozbrzmiewające w domu głosy rozpaczy, drzwi otwierały się i zamykały na zmianę, jakby targane porywistym wiatrem.
Nie pojmował, co się stało. Nagle znalazł się na ulicy, w dłoni trzymał sakiewkę z monetami, poszedł w stronę parku, po czym usiadł na swojej ławce, podkurczając nogi, łokcie wsparł na kolanach, a podbródek na dłoniach.
— Nie zobaczysz Maria już nigdy więcej. Nie żyje! — powiedzieli mu.
Czuł w sercu dojmujący ból. Bolało go tak samo mocno, jak wtedy, gdy poparzył sobie rękę od płomienia w kominie.
Ale dobrze nie rozumiał, co się stało. Dwa dni później przyszła po niego niańka w żałobie i zaprowadziła go do domu jego przyjaciela. Matka Maria przywitała go ze łzami w oczach, mocno do siebie przytuliła, a następnie zaczęła mu się czule przyglądać. Luca nic nie mówił. Kazano mu ściągnąć jego kominiarski strój, urządzono mu kąpiel w marmurowej wannie z ciepłą, pachnącą wodą. Wyszedł z niej czyściuteńki, był znów tym samym jasnowłosym chłopcem, który żył sobie w dalekiej górskiej dolinie. Następnie odziano go w elegancki czarny garnitur przyozdobiony krepą.
— Będziesz nosił żałobę po biednym Mariu — powiedziała mu niańka. — Teraz ty jesteś Mario. Tak chce jego mama, teraz to twoja mama.