Serena nic już więcej nie powiedziała i udała się w drogę. Gdy znalazła się w lesie, zwolniła kroku, mocno przyciskając do piersi szkaplerzyk.

W pewnym momencie zamajaczyło jej między drzewami rozświetlone księżycowym blaskiem rozdroże.

Pośrodku drogi tańczyły gnomy.

Serena schowała się za pniami drzew i z zapartym tchem obserwowała ich harce. Były to stworzenia garbate i kulawe niczym starcy, małe niczym dzieci, miały długie, rudawe brody, fikuśne, czerwono-zielone kubraczki i fantazyjne kapturki. Tańczyły w kręgu, śpiewając skrzekliwie przy wtórze nocnych ptaków. Na samą myśl, że będzie musiała obok nich przejść, dostała gęsiej skórki, jednak nie miała innego wyboru, wszak nie mogła wrócić do domu bez książeczki do nabożeństwa. W końcu się przemogła i ruszyła naprzód spokojnym krokiem.

Na jej widok gnomy się rozstąpiły — te czerwone stanęły po jednej, te zielone po drugiej stronie drogi — zupełnie jakby chciały ją przepuścić. Gdy dziewczyna znalazła się już między nimi, zamknęły krąg i rozpoczęły taniec na nowo. A jeden ze stworów wręczył jej grzyb i kwiat paproci.

— Śliczna dziewczynko, zatańcz z nami!

— Z przyjemnością, jeśli to sprawi wam radość.

I Serena zatańczyła w blasku księżyca z takim wdziękiem, że gnomy aż oniemiały z zachwytu.

— Och! Cóż to za urocza dziewczynka! — rzekł pierwszy z nich.

— Niech stanie się jeszcze raz tak samo piękna i słodka! — powiedział drugi.