— A co z moją książeczką do nabożeństwa? — zapytała.

— Proszę!

Zniszczona, skórzano-miedziana okładka książeczki przemieniła się w złoto wysadzane diamentami.

Macocha oniemiała.

Zapragnęła, żeby to samo spotkało jej córkę. W następną niedzielę o tej samej porze nakazała jej udać się do kościoła po książeczkę.

— Sama? Nocą? Mamo, czyżbyś oszalała? — rzekła Gordiana, wzruszając ramionami.

— Słuchaj się mnie, moja droga, a ręczę, że spotka cię wielkie szczęście.

— Sama sobie idź! — odparła Gordiana, która nie zwykła okazywać matce posłuszeństwa.

W końcu rodzicielka groźbą lania przekonała córkę, by udała się do wsi po książeczkę. Gdy Gordiana znalazła się na rozświetlonym księżycowym blaskiem rozdrożu, gnomy przerwały taniec i stanęły po obu stronach drogi, a gdy dziewczyna była już między nimi, wówczas zamknęły krąg. Jeden z gnomów wręczył jej grzyb i kwiat paproci, zapraszając do wspólnego tańca.

— Moimi partnerami do tańca są tylko książęta i baronowie, a nie takie paskudne ropuchy jak wy! — odparła opryskliwie Gordiana.