— Czyżby jaśnie pan się niecierpliwił?
Baron przypomniał sobie warunki umowy i z miejsca stłumił w sobie gniew.
— Nigdy w życiu, jestem z natury bardzo łagodny, ale na przyszłość bądź ostrożniejszy!
Baron i baronowa byli coraz bardziej rozdrażnieni, bo nie wiedzieli, jak się pozbyć młodzieńca. Zdawali sobie sprawę, że w przeciwieństwie do swojego naiwnego brata Kandyd nie da się tak łatwo okiełznać.
Baronowa chciała, żeby baron jak najszybciej zwolnił go ze służby.
— W takim razie trzeba mu dać sto skudów, bo ani kukułka jeszcze nie zakukała, ani wiosna jeszcze nie nadeszła.
— Kukułką ja się zajmę, już ja się postaram, żeby zaśpiewała — rzekła baronowa.
— Co za szkoda — powiedziała córka, która zdążyła bardzo polubić Kandyda i smutno jej się zrobiło na myśl, że będzie musiał odejść.
Nazajutrz rano, gdy młodzieniec obudził się w swoim łóżku wypełnionym ziemniakami, usłyszał kukanie kukułki siedzącej na dębie rosnącym tuż przy oknie, chociaż na żółtawych gałęziach drzewa wciąż sterczały suche liście.
— Ku-ku! Ku-ku!