— Znów mnie okradła, przebiegła niewiasta! — załkał zrozpaczony.

Spędził na wyspie wiele miesięcy, żywiąc się jedynie owocami. Pewnego dnia, gdy przechadzał się wzdłuż brzegu morza, zobaczył drzewo, na którym rosły ogromne, szkarłatne jabłka. Zerwał jedno z nich i skosztował. Owoc był wyśmienity, jednak szybko poczuł na ciele niepokojące swędzenie.

Spojrzał na swoje dłonie i ramiona, przejrzał się w źródle i zobaczył, że cały jest pokryty zielonymi łuskami.

— O ja nieszczęśliwy! Cóż to takiego? — wykrzyknął, dotykając skóry całej w łuskach jak skóra węża.

Kasandryn połakomił się także na inne jabłka, całe żółte, które rosły na pobliskim drzewie. Także i tym razem poczuł swędzenie, tyle że łuski powoli zaczęły znikać, a jego skóra znów stała się biała. Zaczął więc jeść kolejno owoce raz z jednego, raz z drugiego drzewa i bardzo go bawiło, jak jego skóra to blednie, to zielenieje.

Po kilku miesiącach spędzonych na wygnaniu spostrzegł na horyzoncie zbliżającą się korsarską galeotę. Tak głośno krzyczał, że korsarze zbliżyli się do brzegu i przyjęli go na pokład. Zanim opuścił wyspę, zerwał jeszcze po trzy owce z obu drzew i schował je do kieszeni.

Tak oto udało mu się powrócić do miasta księżniczki. W niedzielę po przybyciu przebrał się za pielgrzyma, ustawił stolik przy wejściu do kościoła, gdzie księżniczka zwykła chodzić na mszę, i umieścił na nim trzy okazałe owoce — te, za sprawą których skóra pokrywała się zielonymi łuskami.

Przechodziła tamtędy księżniczka wraz ze służącą i przystanęła zaciekawiona, nie rozpoznając Kasandryna w tym przebraniu. Zwróciła się do pokojówki:

— Tersillo, kup te owoce.

Kobieta zbliżyła się do pielgrzyma i zapytała: