— Ależ byłaby to zniewaga kapłaństwa.
— Nie obawiaj się świętokradztwa. To w imię wyższego dobra — rzekł Kasandryn, po czym przywdział sutannę i wszedł do alkowy rozpaczającej księżniczki.
— Córko, obawiam się, że zapomniałaś o czymś podczas spowiedzi... Zastanów się, pomyśl raz jeszcze... Waż, że wyznajesz grzechy przed Najwyższym Sędzią.
Księżniczka zbladła, szlochając.
— Czy przypadkiem... — ciągnął Kasandryn, naśladując głos przyjaciela — nie przypominasz sobie, żebyś ukradła... przywłaszczyła sobie coś, co nie należy do ciebie?
— Och, ojcze! — załkała księżniczka — ukradłam magiczną torbę księciu, który do nas przybył.
— Musisz mu ją zwrócić! Daj mi tę torbę, oddam ją właścicielowi.
Zmęczona księżniczka wskazała na srebrny sekretarzyk i Kasandryn zabrał torbę.
— Nic więcej sobie nie przypominasz?
— Och, ojcze! Ukradłam zaczarowaną serwetę temu samemu przybyszowi, weź ją, jest tam w skrzyni z kości słoniowej.