Młynarz nie odezwał się ani słowem.

Ściągnął skórę ze zwierzęcia i wyruszył do miasta, by ją sprzedać. Jako że noc zastała go akurat, gdy przejeżdżał przez las nawiedzany przez rozmaitych zbójców, zdjęty strachem postanowił wspiąć się na drzewo i przeczekać do świtu w jego konarach.

Niedługo potem tuż pod drzewem zjawiła się banda rabusiów, którzy kłócili się głośno o podział zrabowanego łupu. Młynarz zarzucił na siebie krowią skórę i zeskoczył między nich, wymachując rogami i kopytami na wszystkie strony. Przekonani, że samego diabła zobaczyli, zbójcy uciekli w popłochu.

Porzucone złote monety młynarz zebrał do skóry i zaniósł do swojego domu. Było ich tak dużo, że cała długa noc minęła i świt zdążył nastać, a razem z żoną jeszcze ich liczyć nie skończyli. Posłał więc żonę do swojego pana, by pożyczyła od niego korzec.

— Po co wam mój korzec? — spytał ją zdziwiony pan.

— Żeby policzyć nasze pieniądze, mój panie.

— Żarty sobie ze mnie stroisz?

— W żadnym wypadku! Chodź ze mną, panie, a sam zobaczysz.

Pan poszedł i zobaczył lichy stół młynarza cały zasłany złotymi monetami.

— Skąd te wszystkie pieniądze?! — zawołał pan.