— Zgoda — odparł młynarz.
Uradowany pan wziął magiczny instrument i wrócił do domu.
„Moja żona zaczyna się już starzeć, a ja mógłbym ją odmłodzić...” — pomyślał w duchu.
Gdy żona już spała, wziął nóż kuchenny i jednym cięciem pozbawił ją głowy. Następnie zaczął grać na wszechmocnej lutni.
Ale cóż to?! Kobieta była martwa i żaden dźwięk nie mógł jej już obudzić.
— Niecny młynarz! — wykrzyknął pan. — Znów mnie oszukał!
I pobiegł z powrotem do młyna, lecz i tym razem nie pisnął ani słowa, bo nie pozwalała mu na to urażona duma.
Młynarz stał na środku podwórza w samej koszuli i ze śpiewem na ustach okładał batem kocioł wrzącej wody (dopiero co zdjęty z ognia).
— Co robisz, młynarzu? — zapytał pan.
— Gotuję zupę, mój panie.