Okładał naczynie batem i co chwila sprawdzał, czy woda wrze, ale nic z tego, bo garnek wciąż pozostawał zimny.
Służba myślała, że ich pan oszalał, i z trudem powstrzymywali się od śmiechu.
Wreszcie pan zrozumiał, że młynarz po raz kolejny wyprowadził go w pole. Wziął więc wielki wór i wraz ze swym najbardziej zaufanym sługą ruszył do młyna.
Młynarz ani się spostrzegł, a w mgnieniu oka go skrępowano i zawiązano w worze, który oprawcy zamierzali wrzucić do pobliskiego stawu. Jednakże po drodze, gdy dźwigali ciężki wór, zauważyli jadącego w oddali złotnika z trzema końmi obładowanymi kosztownościami.
Tak się złożyło, że pan znał tego człowieka, obawiał się więc, że jego niecne zamiary wyjdą na jaw. Dlatego rzekł do sługi:
— Ukryjmy się w tym zagajniku, dopóki nas nie minie.
Rzucili wór pod rosnący obok żywopłot, a sami uciekli w głąb lasu.
Gdy uwięziony młynarz usłyszał odgłos zbliżających się koni, jął wołać:
— Pomocy! Ratunku! Chcą mi ją dać, a ja jej nie chcę!
— Ale kogóż tak bardzo nie chcesz? — pytał zdumiony złotnik, który zsiadł z konia i zaczął obmacywać tajemniczy wór.