Zaprowadzono go do królewskiego pałacu, a następnego dnia dostał siekierę do ścięcia drzewa niezbędnego do budowy statku.

Pracował cały ranek, a w południe usiadł w cieniu starego kasztanowca i zaczął jeść chleb.

Przyglądała mu się z zaciekawieniem sroka, skacząc coraz niżej z gałęzi na gałąź. W końcu przemówiła, chrapliwie skrzecząc:

— Daj mi kawałek! Ja też chcę!

I błagalnie wysuwała dziób, próbując dosięgnąć dłoni Dezyderiusza.

— Zostaw mnie w spokoju, ty natrętnico! — krzyknął zniecierpliwiony młodzieniec.

Sroka podfrunęła dwie gałęzie wyżej.

— Co robisz? — spytała.

— Łyżki strugam — zadrwił z ptaka Dezyderiusz.

— Łyżki! Łyżki! — zaskrzeczała sroka, skacząc w górę po gałęziach.