Dla Luki zaczęło się życie w ciemnościach, czas żmudnej i niebezpiecznej pracy. Smukły, zwinny chłopiec to niknął w mrocznych kominach, to znów wspinał się z wyciągniętymi ku górze rękoma, jakby próbował wydostać się z ciemnej studni bez dna. Niekiedy, dusząc się od sadzy i opadając z sił, robił sobie przerwę na odpoczynek, słyszał wtedy dobiegający z dołu niecierpliwy głos swojego pana, który go popędzał, w górze zaś widział skrawek jasnego, błękitnego nieba. I wspinał się tak i wspinał, aż docierał na sam szczyt, wychodził potem na zewnątrz, a jego blond czupryna cała pokryta była sadzą. Zaczerpywał wówczas świeżego, czystego powietrza i poprzez gąszcz kominów patrzył na odległe górskie wierzchołki.

Nie smucił się wcale. Doskwierała mu tęsknota, choć nie przyprawiała o cierpienie, nie tęsknił bowiem za ludźmi i uczuciem, ale za rzeczami. Pamięć podsuwała mu wówczas znajome obrazy: zaprzyjaźnioną stuletnią jodłę rosnącą nad stromym urwiskiem, tylko jemu wiadomy głaz o profilu kota, mieniącą się w kryształkach wody nad wodospadem tęczę, jasnozielone polany usłane kwiatami goryczki oraz ponurą zieleń jodeł ubranych w puszyste czapki śniegu.

Tęsknił, lecz nie był smutny, prawie wcale nie cierpiał. Myślał, że podobny los spotyka wszystkich; widocznie w życiu już tak jest, że się klepie biedę i wykonuje żmudną pracę w ciemnościach.

Jednocześnie widział, że rówieśnicy wiodą zupełnie inne życie. Mimo to w jego prostej, góralskiej duszy nie było miejsca na zazdrość ani na gorycz.

Luca zwykł siadać i odpoczywać zawsze na tej samej ławce. Znajdowała się na skraju okazałego ogrodu miejskiego, odwiedzanego zaraz po szkole przez rzesze dzieci z dobrych rodzin pod opieką mam i nianiek. Pociechy dokazywały na trawnikach i jazgotały jak ptaki, które uciekły z klatki. Luce brakowało odwagi, żeby przyłączyć się do ich zabaw. Gdy tylko próbował się zbliżyć, dzieci uciekały przerażone na widok jego czarnej od sadzy twarzy i pomiętej kurtki.

Pewnego dnia ogromna srebrno-niebieska piłka wyleciała z liściastego gąszczu i wbiła się w oparcie ławki. Luca wyciągnął ją i podał chłopcu, który właśnie przybiegł zdyszany i zaniepokojony. Był to niezwykłej urody błękitnooki blondyn. W obawie, żeby się nie ubrudzić, dokładnie przyjrzał się piłce, sprawdzając, czy Luca nie zostawił na niej śladów węgla. Potem popatrzył na chłopca i się uśmiechnął:

— Dlaczego masz taką czarną twarz?

— Taką mam pracę...

— Nigdy jej nie myjesz?

— Od święta.