— Widziałem, że już blisko dziewiąta i że nie ma na co dłużej czekać, wdrapałem się na mur i wskoczyłem do środka.

„Szaleństwo” — pomyślała Justyna, ale nie chciała mącić tej chwili spotkania, więc tylko zapytała:

— Jak było?

— Wszystko opowiem ci jutro, teraz przyszedłem się pokazać i już muszę iść do Dolka. Przyjdę jutro wcześniej.

Gdy odszedł, Justynie było tak smutno, że nie wiedziała, kiedy właściwie jest lepiej: czy wtedy, kiedy Marek jest daleko, a ona wierzy, że gdy wróci, będzie blisko, czy wtedy, gdy jest blisko, a ona czuje, że jest tak daleko!

Wraz z powrotem Marka ze Lwowa21 rozpoczęło się intensywne przygotowanie do pracy. Praca to znaczyło wtedy — pójść w las. Te lasy były jeszcze wciąż legendą. Nikt stamtąd nie wrócił, nikt ich nie znał. Jak zorganizowane tam jest życie? Ale każdy wiedział, że tam się coś dzieje, że tam się tworzy wielka walka, i wszyscy się do niej rwali, choć zbliżała się jesień, tak bardzo nieprzychylna dla pracy w terenie. Czy to była tylko gotowość czy też pociąg do romantyzmu, jaki się roztaczał dokoła tych niezbadanych puszcz, cokolwiek to było, nie ulegało wątpliwości, że każdy, kto się decydował, przez sam fakt decyzji stawał się lepszy, czystszy i coś na kształt niewidzialnej aureoli bohaterstwa otaczało jego osobę.

Organizowali się w piątki. Systemem konspiracyjnym, powinna była każda piątka być całością samowystarczalną. Winna była mieć swojego przewodnika, łącznika i intendenta22, własny ekwipunek, własną broń i zapasy żywnościowe, samodzielny plan działania, teren — słowem, swój zamknięty świat życia i działania. Najistotniejszy był jednak fakt, że winni byli znać tylko siebie i swoje plany. Nikogo poza piątką też nie należało wtajemniczać w plany działania czy nawet w skład osobowy piątki. Nikt nie śmiał wiedzieć, kiedy, kto i dokąd wyruszał. Nikt nawet nie powinien był wiedzieć, gdzie się kto obecnie znajduje. A jeśli obowiązywała konspiracja, to powinni nią być osłonięci przede wszystkim ci, którzy byli podstawą ruchu — kierownicy.

A właśnie tu rozpoczynała się największa trudność, najpoważniejsza sprzeczność między duchem, który ożywiał ich od lat, a bezwzględnymi potrzebami tajnych organizacji wojskowych. Byli ruchem młodzieży w każdym calu. Przeskok był zbyt wielki, by mógł nastąpić w tak krótkim czasie. Tym bardziej, że wobec zbliżającego się kresu życie uczuciowe się wzmogło. Każdy z nich niemal utracił dom, rodzinę. Ta gromada młodych była ostatnią przystanią bytu, ostatnią ostoją dla uczuć, które czepiały się jej wszystkimi mackami. Im bardziej gasła wiara w człowieka na widok szerzącego się gwałtu i hańby, tym silniejsza była wiara w tych nielicznych młodych, jedynych i takich innych niż cały świat dokoła. Więc też kochali się dziwną miłością, szukali się wciąż wzajem i niby przypadkowo spotykali się całymi gromadami, a ich wesoły śmiech i jakaś niezwykła swoboda nie pozwalała im pozostać niepostrzeżonymi. Po stokroć ostrzegano: „Nie gromadzić się”, po stokroć postanawiano: „Nie zbierzemy się więcej”. A tu, zaledwie spotkała się dwójka na ulicy, już za chwilę spotykali nowych i wkrótce szerokim szeregiem szli jezdnią z włosami rozwianymi, z twarzą otwartą, jasną, krokiem pewnym, równym, a za nimi biegły spojrzenia ludzi, o których nigdy nie wiadomo, co myślą i ku czemu zmierzają. Wiedzieli dobrze, że tak być nie powinno, ale kiedy byli razem, czuli się taką siłą, że żaden wróg, czy to jawny czy ukryty, nie przerażał ich. Był to zapewne grzech młodości, ale ktokolwiek chciałby ich potępić, musiałby zrozumieć, że nie wolno odbierać im tej ostatniej radości życia, tego ostatniego schronienia dla przedwcześnie osieroconych uczuć. A jeśli ktoś nazwie ich niedojrzałymi do bojowego ruchu, to jak oprzeć się pytaniu, kto zwróci im młodość na zawsze utraconą?

W samym centrum dzielnicy, przebudzonej jak nigdy, dotychczas było kierownictwo. Powinno być ukryte, zakonspirowane, gdzieś daleko od getta. Nie powinno było scentralizować się, ale każdy z osobna powinien mieć tajne mieszkanie. Spotykać się mogli raz na jakiś czas i porozumiewać w najważniejszych sprawach. A oni żyli wśród ludzi, którzy znali ich od lat, wśród których każdy mógł na nich pokazać palcem: to są przywódcy żydowskiej młodzieży bojowej!

Było ich czterech, Dolek, Romek23, Marek i Maniek24. Maniek był wśród nich najmłodszy. Istotę ruchu stanowiła właściwie pozostała trójka. Dolka i Marka od lat łączyła przyjaźń. Przebili się razem przez niejedną zaporę. Razem byli świadkami wielu wzlotów i nawet momentów załamania się w ruchu.